RSS
 

Pierwszy dzwonek dla sześciolatków

01 wrz

Skończył się okres przejściowy, w którym to rodzice mogli decydować o szkolnych losach swojego sześcioletniego dziecka. Skończył się czas, który szkoły dostały na przygotowanie się do przyjęcia pod swoje dachy i skrzydła młodszych dzieci. Nie ma przebacz. We wrześniu 2015 do pierwszych klas idzie obowiązkowo rocznik 2009.

tornistry500

Część rodziców skorzystała z łaskawości rządzących i odroczyła swoje dzieci na podstawie zaświadczeń z poradni. Te rodziny czeka spokojny rok w przedszkolu i pierwsza klasa za rok jak bułka z masłem. Zaznałam tego z Michasiem. Część uniosła się honorem (zapewne głównie ojcowskim), że nie będą z dziecka robić półgłówka, jak trza do szkoły, to do szkoły pójdzie. Tym rodzinom nie życzę tego, co przeżyłam z Piotrusiem w pierwszej klasie. Przeczytajcie przynajmniej książkę moją i psychologa Karoliny Piękoś, żebyście wiedzieli, że Wasze dziecko ma prawo do tych wszystkich zachowań, które zobaczycie u niego jesienią. Uzbrójcie się w cierpliwość, w całą cysternę cierpliwości i zaciśnijcie zęby. I życzę z całego serca, żeby udało Wam się rozewrzeć szczęki przed wiosną.

Chwilowo nie mam na stanie żadnego sześciolatka, więc pieklę się w tej sprawie całkiem bezinteresownie. Ale nie potrafię przejść obojętnie obok tekstu Nishki.

Z miejsca wkurzyło mnie pytanie „Czy rodzice 6-latków, które za tydzień idą do szkoły, powinni się bać?!” Podobnie zagadywała z ekranu telewizora minister Hall (a może to była Zawadzka?), apelując „Rodzice, nie bójcie się!” Ach, jakże mnie to rozwścieczało! Sorry Nishka, ale zabrzmiałaś dla mnie tak samo.

Rodziców nie trzeba głaskać po główkach i trzymać za rączki, tłumacząc łagodnie, że nie ma się czego bać, to wcale nie boli (a potem jak dentysta przystawi wiertło, to człowiek wszystkie gwiazdy zobaczy i z miejsca znienawidzi tych, którzy go okłamali). Rodzice nie są tłumokami, zastraszonymi przez roszczeniowe małżeństwo Elbanowskich, które chce wykluczyć edukacyjnie nasze zdolne maluszki i ugrać coś ich kosztem. Rodzice dobrze wiedzą, jak wygląda polska szkoła  i chyba tylko ci naprawdę nieświadomi wierzą, że przeciętna rejonowa podstawówka nadaje się dla sześciolatka, z zatłoczonymi do granic możliwości świetlicami, z małą stołówką, często połączona w jeden kompleks z gimnazjum. Większość moich koleżanek-nauczycielek nie posłała swoich własnych dzieci do szkół w wieku 6 lat. Rodzice dobrze pamiętają, co powiedział minister Boni w przypływie szczerości: „(…) sześciolatki muszą iść do szkół. Bo chodzi również o to, żeby wcześniej kończyły edukację. To element polityki rynku pracy, bez tego nie będzie miał kto zarabiać na nasze emerytury.”

Nie dajcie sobie wmówić, że ta reforma to dla dobra naszych dzieci, żeby się, bidulki, nie uwsteczniały. Jak to uroczo ujęła Dorota Zawadzka „Ograniczanie prawa dziecka do nauki, a tak rozumiem pozostawienie dziecka w wieku sześciu lat w przedszkolu, może skutkować różnego rodzaju problemami, kiedy dziecko będzie starsze”. Teraz zastanawiam się, do kogo mam składać zażalenie na wszystkie moje życiowe problemy? Do rodziców czy do ówczesnego rządu, że nie nakazał posłać mnie do szkoły w roku 1981? Nie wierzcie, że na całym świecie dzieci idą do szkoły mając sześć lat. Otóż nie, nie idą, w UE obowiązek dotyczy tylko połowy krajów członkowskich. W Finlandii, w której dzieci osiągają najlepsze wyniki w prestiżowych badaniach PILRS, idą do szkoły jako siedmiolatki. 

Od czterech lat uważam, że szkoła dla sześciolatka to porażka, i tak odpowiadam każdej czytelniczce, która pisze do mnie z prośbą o radę. Ale jeśli chcesz – proszę bardzo. Zawsze można było posłać dziecko do szkoły rok wcześniej i system powinien działać w tę stronę: zachęcanie, stwarzanie warunków, by zdolne dzieci nie „traciły czasu” w przedszkolu (dla mnie bzdura, dzieci wspaniale rozwijają się pod okiem mądrych nauczycielek przedszkolnych, co więcej – dzieci starsze, później rozpoczynające edukację, szybciej chłoną wiedzę, więc nie ma mowy, że coś stracą), ale nie przymus i ośmieszanie tych, którzy się nie zdecydowali skorzystać z propozycji.

W jednym się z Nishką zgadzam: „(…) w dużej mierze zamieszanie spowodowane 6-latkami jest wynikiem rozgrywek politycznych.” Włos mi się jeży, gdy czytam, że w razie wygranej PiS reforma zostanie cofnięta, a rodzice będą mogli już w trakcie roku szkolnego przenieść dziecko z pierwszej klasy do zerówki. To dopiero byłby bałagan! Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Przenoszenie dziecka na niższy poziom, powrót do zerówki czy przedszkola po kilku tygodniach czy miesiącach w szkole (skąd miałoby się znaleźć dla niego miejsce?) byłby przecież klęską dla malucha na starcie edukacji! Dziecko to nie książka, którą można przestawiać z półki na półkę!

Trzymam kciuki za Wasze sześciolatki w pierwszej klasie (za siedmiolatki też, naturalnie!) i oby nie był to koszmarny rok, którego wspomnienie będzie Was prześladować latami jak piszącą te słowa, howgh.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Lato pełne rocznic

31 sie

Każdego roku nasze lato obfituje w rocznice różnych ważnych rodzinnych wydarzeń. To także :-)

chlopcy

17 lipca Wojtuś skończył półtora roku

Wojtuś jest uroczy, słodki do schrupania i z takim charakterkiem, że ojacież…! Jest bardzo bystry i doskonale rozumie, co się wokół niego dzieje. Kiedy ktoś w jego obecności wspomina o czasie, kieruje wzrok na zegar. Powiedziałam:

- Wojtusiu, zdejmiemy skarpetki, żebyś się nie pośliznął – a ona zaczął stąpać powolutku, uważnie patrząc pod nogi.

Na hasło „zakładamy buciki”, siada na podłodze. Ostatnio próbował zakładać sobie sandały: nogę trzymał nieruchomo, a sandałem machał wokół stopy.

Od późnej wiosny składa sylaby: adzia, edzia, ciuciuciuciu, siasiasiasia, ciasia, cisi, cieś, dzieś, siesia, sieje, ciacia, ide. Zadaje także rozmaite pytania: sia? jojasieja? desiała? aduładuła śła? tak?

Pierwsze zdanie wygłoszone 8 kwietnia brzmiało:

- Dzie tata?

Da się z nim już porozmawiać, choć monotonne to pogawędki.:

- To jest kawa, kawa jest dla dorosłych.
- Ne.
- Tak.
- Ne.

Ale bywa i ciekawiej:

- Gdzie masz spodnie?
- Tata.
- Tata ci zgubił spodnie?
- Taaaa.

Bardzo lubi swoją nianię, więc wcale się nie zdziwiłam, gdy pewnego popołudnia zapytał:

- Dzie eś ciocia?

Wsiadł do autobusu i zakrzyknął z mocą:

- Jajade! – co wzbudziło żywiołową reakcję współpasażerów.

Muczy jak krowa, miauczy jak kot i szczeka jak piesek.
Na „Amen” pięknie składa dłonie.
I tańczy, tańczy dla mnie i dla każdego, kto znajduje się w pobliżu. Ciotki były zachwycone, gdy wykonał pokaz dla nich. Jakikolwiek rytm usłyszy, nawet zwykłe klaskanie, już nóżki chodzą, już pupcia podryguje, już rączki włączają się do układu choreograficznego. Michaś miał tak samo, pamiętasz, Jutka? :-)

Nie pozwala się wykluczyć cyfrowo. Absolutnie. Awantury o dostęp do telefonu czy komputera słyszy cała dzielnica.

21 lipca Piotruś skończył dziesięć lat

- Wiesz mamo, teraz będziesz miała w komputerze wejście DVI, a miałaś VGA – powiedział do mnie ostatnio, trzymając w rękach płytę główną komputera, a mnie się w głowie zakręciło.

- Syneczku – rzekłam – dopiero co szczytem twoich oratorskich popisów było zdanie „Pepuś dawa piciu kotu”, a teraz wygłaszasz do mnie techniczne mowy, których ja nie rozumiem!
- „Jedzie Pepe, kęci koła” – zacytował inną swoją wypowiedź, bo wspominamy je często i chętnie.

Jest wspaniały, rozsądny, odpowiedzialny. Wiem, że mogę na niego liczyć. Pójdzie do sklepu, zajmie się Wojtkiem, ziemniaki obierze, sałatkę zrobi, posprząta. Ma skłonności do bujania w obłokach i uwielbia czytać. Czyta po trzy książki naraz, słucha namiętnie „Opowieści z Narnii”.

24 sierpnia Michaś skończył osiem lat

Michaś, mistrz kombinowania. Spóźnił się haniebnie na obiad, opieprzam go, a on spokojnie zasiada do zupy, przeprasza i po chwili pyta:

- A kto ugotował tę zupę? Ty czy babcia?
- Ja – odpowiadam w przerwie między kolejnymi porcjami ochrzanu.
- Wspaniała zupa! – wstaje od stołu i całuje mnie czule.

I co, taki nie da sobie rady w życiu?

Nade wszystko ceni życie towarzyskie. Koledzy są najważniejsi, potrafi wsiąknąć na długie godziny. Na początku denerwowałam się jego nieobecnością i obdzwaniałam mamy kolegów, teraz wiem, że wróci jak się ściemni. Dostał na urodziny zegarek i jak na razie cieszy go umawianie się na godzinę i pilnowanie czasu. Do czasu oczywiście.

Kasa się go nie trzyma, ale ma gest: na urodziny kupił Piotrusiowi puszkę Coli.

Świetnie bawi się z Wojtusiem. Uwielbia budowanie z klocków i bawi się w odgrywanie scenek i scen batalistycznych. Walczą ze sobą nawet pluszowy miś z zawartością jajka niespodzianki. Kiedy jest robota do zrobienia albo protestuje, albo znika niepostrzeżenie, by pojawić się na koniec i zapytać z niewinnym spojrzeniem, w czym trzeba pomóc.

30 sierpnia minęło nam dwanaście lat pożycia małżeńskiego

Pozwolą Państwo na sentencję okolicznościową: Małżeństwo jak życie, składa się na nie beczka dziegciu i łyżka miodu. Najważniejsze, żeby miód był słodki i aromatyczny i oczywiście prawdziwy. Czego i Wam życzę :-)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

To były piękne dni

26 sie

I takimi chcę je zapamiętać. A reszta jest milczeniem. Oczywiście dopóki nie znajdę czasu, by złoto zamienić na srebro :-)

wakacje1

wakacje3

wakacje2

klosy

wakacje5

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii rodzina

 

Zamek Stara Baśń w Grybowie

18 sie

Wyobrażam sobie, że pewnego dnia Mąż przychodzi z roboty i mówi: „Kochanie, postanowiłem zbudować średniowieczny zamek”. Chochla wypada mi z ręki, radosny gwar dzieciątek zamiera, ogarnia nas zgroza, wszyscy myślimy: ojciec zwariował! Dzwonić do Kobierzyna, czy poczekać, może tylko mu przygrzało?…

A tymczasem Krzysztof Broński z Grybowa taki zamek zbudował. Dokładnie to buduje go od 16 lat, więc jego syn, kustosz Jacek Broński, na pytanie co tam w domu, odpowiada, że remont. I odpowiada tak w zasadzie odkąd zaczął mówić.

starabasn3

Oficjalne otwarcie zamku nastąpi wiosną 2016, ale już teraz można go zwiedzać w mniejszych i większych grupach. Do obejrzenia są dwie baszty, smocza i księżniczek, sale bankietowe, podziemia oraz (obowiązkowy punkt programu!) tradycyjna wygódka z serduszkiem. Można spróbować swoich sił w strzelaniu z łuku i władaniu mieczem. Przez zimę, jak zapewnia właściciel, zbudują średniowieczne miasteczko zabaw dla dzieci i zwiedzający będą się wcielać raz w obrońców grodu, raz w najeźdźców.

starabasn2

Zamek Brońskich jest rekonstrukcją średniowiecznego grodu warownego założonego przez Bolka zwanego Gniewnym. W XIII wieku w okolicach Grybowa odbyła się bitwa z Mongołami. Wracająca z wielkim skarbem, zrabowanym w różnych miejscach Europy, wielotysięczna armia mongolska została pokonana przez garstkę obrońców grodu. Bolko czule zaopiekował się przejętym skarbem i ukrył go tak dobrze, że choć Mongołowie jeszcze przez lata przyjeżdżali na poszukiwania, niczego nie znaleźli. Tajemniczą sprawą jest wygrana rycerzy Bolka: jak tego dokonali przy tak miażdżącej sile wroga? Być może udało się to dzięki podziemnym tunelom, które znajdują się pod Grybowem, Gorlicami i okolicą.

starabasn1

Pojechaliśmy do Grybowa w trzy rodziny. Kustosz, pełen chłopięcego uroku, oprowadzał nas ze swadą i dowcipem.

- Kiedy wchodzimy do lochów grupą dwudziestoosobową, to tak średnio jedna-dwie osoby nam się gubi. Zwykle znajdują się po tygodniu lub dwóch, choć nie zawsze – mówił ze śmiertelną powagą – Mamy też opcję dla rodziców, możemy zamknąć w podziemiach dzieci, a państwo jadą na wczasy do Krynicy.
- Ile kosztuje taki dwutygodniowy turnus? – zainteresowałam się natychmiast.
- Z wyżywieniem czy bez? – odparował bez drgnienia powieki.

Piotruś odciągnął mnie na bok.

- Wszystko słyszałem! – wysyczał z oburzeniem.

starabasn4

W baszcie smoka jest mały miedziany smok.

- Kiedy cnotliwa niewiasta o czystym sercu delikatnie pogłaszcze go po ogonku, oczy zaświecą mu się na czerwowo – opowiadał kustosz – Może pani… – zawiesił wzrok na Danusi – nie, pani niech nawet nie próbuje, ale może pani – zwrócił się do mnie.
- To nie ma sensu – zapewniłam, ale zachęcana, pogłaskałam.

Zaiste, nie miało to sensu.

W baszcie księżniczek na poddaszu miały przebywać uwięzione księżniczki. Chłopcy rzucili się na poszukiwania, ale żadnej nie zastali. Ze zrozumieniem przyjęli wyjaśnienie, że widocznie już zostały uwolnione przez rycerzy.

Bardzo atrakcyjne są zamkowe lochy, ale trzeba mieć mocne nerwy. Szczegółów nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy tym, którzy się wybiorą zwiedzać Starą Baśń. Zapewniam, że poczujecie się jak w „Wakacjach z duchami” czy „Panu Samochodziku i Templariuszach”.

Po zwiedzeniu wszystkich zakamarków dzieci i tatusiowie strzelali z łuków, a chłopcy uczyli się chodzenia po ścianach.

Właściciele są bardzo sympatyczni i poza protokołem opowiedzą Wam mnóstwo ciekawych historii. Co się stało ze skarbem Batu-Chana? Czy na zamku straszy? Co łączy Brońskich z indiańskim plemieniem Seminole z Florydy?

Na zwiedzanie Starej Baśni ze strzelaniem trzeba przeznaczyć bite dwie godziny. Bawiliśmy się świetnie, czego i Wam życzymy :-)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzina

 

Jak to z cukiniami było

13 sie

W ramach wakacyjnego programu edukacyjnego „Skąd się biorą pieniądze”, Piotruś i Michaś udali się rankiem na targ z trzema koszykami pełnymi cukinii.

Kiedy Babcia zaproponowała, że da im na sprzedaż cukinie, które razem zebrali, zapalili się do handlu. Wieczorem dnia poprzedniego obmyślali strategie marketingowe i szykowali banery.

- Zrobię tak – powiedział Piotruś, pracowicie rysując cukinie na kartce papieru – będę podchodził do ludzi i mówił: „Dzień dobry, piękny mamy dzisiaj dzień, prawda? Może kupi pani cukinię? Ekologiczna, świeża, zrywaliśmy wczoraj wieczorem!”

Michaś przysłuchiwał się bratu i zerkając mu przez ramię, tworzył swój plakat. Miałam na końcu języka, że wybrał trochę za mały format, ale machnęłam ręką, bo jeszcze straciłby zapał. Michałkowi lepiej nie przeszkadzać w pracy.

cukinie500

Rankiem zainstalowałam ich na wojnickim targu. Piotruś szybko się zmęczył, usiadł na ziemi obok koszyka i wdał się w rozmowę z handlującym obok starszym panem, co jakiś czas przeliczając zawartość pudełka z utragiem. Michał za to wziął cukinie w garść i z uroczym uśmiechem oraz robiąc oczy ze Shreka, zagadywał „Dzień dobry, może kupi pani cukinię?” Wymyślił własną strategię: zachodził do sklepów i oferował swój towar sprzedawczyniom.

Na to wszystko nadeszła Ciocia Dziunia. Zaraz mi się przypomniało, jak będąc dwunastolatką, koniecznie chciałam zarabiać własne pieniądze i najęłam się do obrywania porzeczek u rodziców koleżanki. Ciotki podniosły takie larum, jakbym chciała zarabiać niemoralnie. Usłyszałam, że powinnam się wstydzić, i żebym broń Boże tam nie szła, a one mi dadzą te pieniądze. No to będzie trzecia wojna światowa jak nic, westchnęłam w duchu i uśmiechnęłam się do Cioci najpiękniej jak potrafię.

O dziwo, Ciotka z rozbawieniem odniosła się do całej sytuacji i oczywiście kupiła kilka sztuk, uszczęśliwiając dzieci do szaleństwa. Niestety, nie przypadła jej do gustu strategia marketingowa Michasia i gdy zobaczyła, że z cukinią wychodzi z apteki i zmierza do sklepu z zabawkami, wyrwała mu ją i fukając jak rozwścieczona kotka wręczyła pieniężny ekwiwalent. Obładowana cukiniami oddaliła się, pomstując i oganiając się jak od muchy, gdy zaproponowałam, że ją odwiozę do domu, a Michaś pobiegł w podskokach pochwalić się zarobkiem bratu.

Michaś poszedł również w hurt, sprzedając pół koszyka panu Stasiowi, właścicielowi warzywniaka.

Koniec końców chłopcy sprzedali zawartość dwóch z trzech koszyków i zarobili po 22.50 na głowę. Oszczędny Piotruś schował kasę do skarbonki, a Michaś o indiańskim imieniu Ten, Którego Pieniądze Się Nie Trzymają, natychmiast poleciał do kiosku po nowe karty do kolekcji.

 
Komentarze (29)

Napisane w kategorii rodzina, życie codzienne

 

Początek sierpnia w domu i ogrodzie

07 sie

No i po lipcu, umknął bezpowrotnie mimo mych zaklęć i starań. Znosimy z Mamą z pola kosze pełne cukinii, wielkie dynie rozpychają się na grządkach, maliny czerwienieją na krzakach, jeżyny od południowej strony splątanego krzewu wiszą ciężkie od soku i czarne jak noc, pomidory są słodkie jak bywają tylko ze słońca, ogórki rosną jak wściekłe – kiedy człowiek wyzbiera je do końca grządki i wraca, na początku są już nowe.

W naszym krakowskim mieszkaniu trwa remont, gipsowy wiruje pył, ze wszystkich sił wypieram natrętne myśli o tym, jak osadza się grubą warstwą na wszystkim, ze szczególnym uwzględnieniem wszystkiego oraz książek. Szczęśliwie nie oglądam tego, jestem z dziećmi u Rodziców, upały znosimy doskonale dzięki pokojowi w przyziemiu, tzw. suterenie. Tej sutereny nie mogą darować Mamie nasze kochane Ciotki.

- Dom taki duży, a ty dziecko w piwnicy trzymasz! – strzyka jadowicie Ciocia Dziunia przy każdej okazji i stanowczo odmawia naocznego przekonania się, że owa przed laty ponura piwnica dawno przestała być takową, zyskała kolor, blask, sznyt, firanki, siatki przeciw owadom, miękką wykładzinę i wszelkie wygody, o jakich tylko można zamarzyć. Ponadto jest usytuowana tak szczęśliwie, że radosne chichoty wnucząt nie docierają za bardzo do Dziadka o indiańskim imieniu Miłujący Ciszę.

Kocham tę suterenę. W porównaniu z trzecim piętrem w bloku jest oazą, rajskim ogrodem, cienistą doliną.

Piotruś i Michaś byli w rozpaczy, że nie będą mieli u Dziadków towarzystwa do zabawy. Towarzystwo znalazło się jednak pierwsza klasa, całymi dniami przesiadują u sąsiadów, bawiąc się a to na trampolinie, a to na huśtawce, zjeżdżalni, w altance i na tabletach. Kiedy nie są u sąsiadów, Piotrek nawija z nimi przez telefon. Nie bardzo możemy się zrewanżować, zapraszając sąsiedzkie dzieci do nas, bo nie dysponujemy żadnymi atrakcjami.

- A wy to w ogóle macie jakieś sprzęty? – zapytał mnie siedmiolatek.
- Co masz na myśli? – dopytałam ostrożnie.
- No jakieś trampoliny, huśtawki, czy coś…

Wyjaśniłam, że niestety nie, bo w Krakowie mieszkamy w bloku, a w ogrodzie Dziadków stał co prawda domek, ale burza zmiotła go z trawnika i hojnie rozsypała po okolicy. Aktualnie domek nadaje się do kapitalnego remontu, miał go dokonać ojciec z synami, ale tak jakoś zeszło…

Od czasu do czasu przebiega mi z tyłu głowy myśl, że to chyba najwyższy czas dokonać szkolnych zakupów, ale myślę, że wzorem Scarlett O’Hara pomyślę o tym jutro. Albo nawet pojutrze.

 

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii rodzina

 

Lipcu, gdzie pędzisz?!

27 lip

Mam ochotę wczepić się w lipiec pazurami, złapać za szmaty, przydusić własnym ciężarem i nie puścić. Bo gdzie on tak leci, no gdzie?! Lipiec to są wakacje i swoboda, odpoczynek i relaks, a sierpień, dojrzały i aromatyczny, to jednocześnie lato zmęczone i przykurzone, mające przedsmak jesieni i nieodłącznie związane z nerwowym kompletowaniem szkolnej wyprawki.

Nie, żebym zaznała szczególnie dużo wyżej wymienionych uroków lipca, ale świadomość, że za trzy dni będzie po nim, nie poprawia mi nastroju. Przygotowania do remontu mieszkania, czyli zwożenie pudeł i kartonów, pakowanie ich, przestawianie z miejsca na miejsce to też nie jest to, co pragnęłabym robić.

A czego pragnę? Spacerować po pustej plaży w świetle zachodzącego słońca i żeby morska bryza łagodnie pieściła moje opalone ramiona, okryte cienką, białą bluzką z rękawem ¾, którą, wykopaną przed wielu laty w ciucholandzie, trzymam w szafie tylko po to, żeby pewnego dnia przejść się w niej po plaży o zachodzie słońca. Sama. Z szumem fal jako jedynym odgłosem w tle.

Tak zrobię, kiedy pewnego dnia kupię sobie prywatną wyspę gdzieś na morzach południowych, a że w tej sprawie nie chcę kompromisów, to na razie ciułam na wyspę i pakuję pudła. I czuję wyraźną ulgę na myśl, że to drugie zabierze o wiele mniej czasu niż to pierwsze. Oto patent na osłodzenie sobie nudnej i ciężkiej roboty.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii życie codzienne

 
 

  • RSS