RSS
 

Gdy nie ma dzieci w domu, to jesteśmy…

03 lip

…we Wrocławiu :-) Z domu wygnało nas szumnie zapowiadane od dwóch tygodni odłączenie wody. Pół miasta w upały miało zostać bez wody pitnej i wody mytnej, o zgrozo! Aby uniknąć odwodnienia i zaśmiardnięcia, tak my jak i nasze dzieciątko, pomknęliśmy chyżo, co koń mechaniczny wyskoczy, na zachód.

To były piękne dwa dni, zdominowane przez nicnierobienie i nicniemuszenie. W piastowskim Breslau spotkaliśmy się z moim starym (wyłącznie stażem znajomości!) kolegą Maćkiem (który jest od mnie rok młodszy i przypomina mi o tym przy okazji każdych urodzin, tak moich jak i własnych). Przed laty, w bezpowrotnie minionej epoce papierowej korespondencji, wymieniliśmy dziesiątki listów i pocztówek. Widujemy się bardzo rzadko, raz na parę lat, ale Maciek, harcerz do szpiku kości, jest takim cudownym  człowiekiem, z którym spotykasz się po kilku latach i rozmawiasz, jakbyście widzieli się zaledwie wczoraj.

Maciek zabrał nas do Parku Grabiszyńskiego. Zatrzymaliśmy się przy Pomniku Wspólnej Pamięci, karmiłam Wojtusia przycupnąwszy na płycie, na której wyryto nazwy nieistniejących już cmentarzy wrocławskich, zlikwidowanych po II wojnie światowej. Na pomniku widnieje napis po polsku i niemiecku:

pomnik

We Wrocławiu zawsze mam ciary na plecach, to miasto jest dla mnie symbolem, jak wielka historia obeszła się z maluczkimi. Ziemie Odzyskane przypominają mi zawsze o Kresach utraconych. We Wrocławiu samo mi się nuci „w polskim Wrocławiu niemieckie drzewa… a Lwów to dla mnie tajemnica…”

Świeciło nam piękne słońce na lazurowym niebie, Wojtuś gonił gołębie z okrzykiem „TATA!!” na ustach, lody na Rynku były bardzo smaczne, fontanna pryskała wodą. Wakacyjna sielanka. Potomstwo, gdy się za bardzo rozbrykało i prawie wpadło do fontanny, złapaliśmy i wpakowaliśmy do wózka. Nikt się nam nie rozbiegał w trzech różnych kierunkach. Nikt się nie kłócił, że właśnie w lewo a nie w prawo, że chce pierwszy, nie drugi, a właśnie że drugi, nie pierwszy. Co za komfort, mówię Wam!…

rynekwro

rycenkwro

wojtus wro

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Nysę, odwiedziliśmy rodzinę Męża, z którą umawiałam się na spotkanie jakieś, bagatelka, 11 lat temu. Co się odwlecze, to nie uciecze. Wojtuś zrobił furorę, uwielbiany i noszony na rękach, dostał do dyspozycji miskę z wodą i chlapał się do woli, pierwszy raz biegając boso po trawie.

miska

Raporty z obozu napływają systematycznie, Piotruś opowiada barwnie i ze szczegółami, Michaś rzuci coś od niechcenia bądź wcale go nie ma w pobliżu telefonu. Czwartego dnia nadszedł kryzys. Michaś smutnym głosikiem domagał się wcześniejszego powrotu, w desperacji deklarując nawet spontaniczną pomoc w domu („i będę zmywarkę rozładowywał…”), ale myślę, że smuteczek był spowodowany stanem konta, który po dwóch wizytach w sklepie wynosił 25 groszy.

Tymczasem Piotruś, znany admirator płci pięknej, postanowił zaprzyjaźnić się z jakąś dziewczyną, upatrzył sobie rówieśniczkę i zabrał się do rzeczy.
- I wiesz mamo, podszedłem do niej, przedstawiłem się i zapytałem, jak ma na imię. Ona mi odpowiedziała, więc zapytałem, czy chciałaby się ze mną zaprzyjaźnić. A ona mi na to: spierdalaj. Więc pomyślałem, że raczej nie chce się zaprzyjaźnić.

Jak już odzyskałam głos, pochwaliłam syna za właściwą interpretację wypowiedzi koleżanki. Swoją drogą – ręce mi opadły. Pomijając fakt, że to jest ten wiek, kiedy osobnicy płci przeciwnej są z marszu wrogami, a czego Piotruś nie przyjmuje do wiadomości („Mamo, moje koleżanki z klasy rozmawiają ze mną tylko sam na sam, kiedy żadna inna dziewczyna nie widzi!”), wydaje mi się, że istnieją w polszczyźnie inne sposoby spławiania chłopaka. No ale co ja tam wiem o życiu, nie znam się.

Z Wrocławia wróciliśmy wczoraj, a robaczki z obozu wracają jutro. Ciekawe jak długo trzeba będzie je odmaczać :-)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzina

 

Dzieci na wyjeździe, a matka doznaje olśnień i napadów nostalgii

29 cze

W sobotę Piotruś i Michaś wyjechali na pierwszy w życiu obóz. Był to dzień, w którym zrozumiałam, dlaczego rodzice proszą: „Zadzwońcie, jak dojedziecie”.

Robaczki moje nie wpadły na pomysł, żeby zawiadomić matkę o szczęśliwym dotarciu na miejsce. Oczywiście wiem, że dowiedziałabym się szybko, gdyby nie dojechali, co zwykłam zjadliwie mówić (albo przynajmniej myśleć) moim rodzicom w podobnych okolicznościach, ale.

Kiedy tak stałam na parkingu w gronie rodziców pozostałych obozowiczów, czekając, aż autokar odjedzie, udzielił mi się nastrój ekscytacji przedwyjazdowej, którego jeszcze tak niedawno sama doświadczałam, dziecięciem będąc. Wakacje! Kolonie! Przygoda, która czeka za rogiem!… Jak tylko autokar zniknął za zakrętem, z tej ekscytacji i tęsknoty za nowymi wrażeniami i doznaniami,  poszłam kupić sobie nowe buty, no bo co w końcu, kurczę blade!

Syneczkowie bawią się chyba dobrze, sądząc ze szczątkowych relacji. Telefony dostają tylko na 15 minut dziennie, o 14.45. Wczoraj Piotruś zadzwonił, dzisiaj już się nie pofatygował, sama musiałam zadzwonić.

Piotrusiowi wczoraj było super, dziś też jest super, ale nauczyciele są przemądrzali. I żebym potwierdziła, że „trenuję” pisze się przez „u”, bo koledzy twierdzą, że przez „ó”, jako że wymienia się na „trenować”.

Michaś wczoraj zameldował, że był w kościele i zapytał, czy mógłby zostać na 10 dni (wyjechali na 7, ale jest też dłuższa opcja). Dziś chciał ze mną rozmawiać tylko po to, żebym powiedziała Miłkowi, że Michaś nie chodził do żłobka (możecie być ze mnie dumni, drodzy Czytelnicy, gdyż ograniczyłam się do suchej informacji, iż nie uczęszczał, nie dodając, że gdzieżbym do żłobka posłała mojego Michasia, słoneczko moje puciate, kluseczkę mamusi cium-cium). Zapytany, co dziś robił fajnego, wykrzyknął z entuzjazmem:

- Byłem w sklepie!

Tja… Cóż, matce muszą wystarczyć relacje słowno-zdjęciowe, zamieszczane przez organizatorów co wieczór w internecie. Ale nie jest źle, wygląda na to, że codziennie się przebierają, bo każdego dnia na zdjęciach mają inne koszulki, wow!

A tymczasem celebruję sobie pojedyncze macierzyństwo, nieustannie zadziwiona, że mogę tak na jednym dziecku się skupić, nie roztrajać w jednym momencie, ach jak cudownie. Kiedy usypiając Wojtka zasnę razem z nim, nie mam wyrzutów sumienia, że nie zajrzałam do starszaków, a prosili. Mój relaks popołudniowy podszyty jest jednak niepokojem, bo cały czas wydaje mi się, że co ja tak spokojnie siedzę, powinnam zrywać się i lecieć po dzieci, ze szkoły odebrać czy skądś-tam.

No i pewnie zanim zacznę naprawdę odpoczywać, to akurat wrócą :-)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wakacje 2015 – czas start!

26 cze

I oto są. Wreszcie koniec zdzierania Michasia z łóżka. Dziś po trzyipółgodzinnym maratonie szkolnym wróciliśmy do domu ze świadectwami, w białych koszulach z plamami po lodach truskawkowych. Wczoraj, kiedy usuwałam z telefonu alarm o 6.33, byłam radośnie podekscytowana, dziś jestem po prostu zmęczona. Siedzę w biurze, piję kawę, która, mam nadzieję, postawi mnie na nogi i zbieram siły, żeby wziąć się za jakąś robotę.

Kiedy niedawno czytałam u Ewunki, jak to bladym świtem szykowała dla Marcelego strój żuka, który nachodził biedronkę, myślałam sobie, że mnie to właściwie Los (uosobiony przez kochane Panie w przedszkolach) w tej materii oszczędził. Pamiętam jedynie przebranie zająca, które zrobiłam dla Piotrusia w zerówce, a w pierwszej albo w drugiej klasie przerobiłam je, całkiem zgrabnie, na kostium psa. A tu pojawiła się żaba. Aby dodać historii szczyptę dramatyzmu, powinnam napisać: pojawiła się nagle i niespodziewanie, ale minęłabym się wówczas z prawdą, bo już jakiś czas temu Michaś pokazał mi otrzymaną od Pani instrukcję wykonania kostiumu żaby. Spojrzałam, zobaczyłam, zapomniałam.

Przedwczoraj dostałam smsa od Marysi, mamy Julki, czy już robiłam żabie oczy na opasce i czy mi się trzymają. Ups. Jaka żaba? Wezwany na przesłuchanie Michaś wzruszył ramionami:

- No przecież pokazywałem ci tę kartkę od pani. Jest w moim plecaku.

Nieoceniona Marysia kupiła dla Michasia zioloną opaskę bawełnianą i skarpetki, które po przymocowaniu doń srebrnych kółeczek udawały żabie łapki. W instrukcji od Pani były rękawiczki, ale skąd w czerwcu wziąć zielone rękawiczki? Ponad godzinę zajęło nam wspólne klejenie, wycinanie i mocowanie elementów żabich kreacji, w których nasza progenitura występowała przez 7 minut. Łatwiej miały mamy krasnoludków, ubranych w czapeczki i koszulki pod kolor, trochę napracowały się mamy kwiatków, ale naprawdę dużo roboty miały mamy motylków: wszystkie motylki miały skrzydełka z kolorowego tiulu, z naszytymi cekinami i innymi dżetami. Wyglądały bajecznie, ale nie wydaje mi się, żeby produkcja zajęła mniej niż dwie godziny. Była okazja do matczynej integracji.

Gdyby nie ten występ, to wysłałabym chłopaków po świadectwa we dwóch i zamiast uganiać się za Wojtkiem po szkolnych korytarzach, czekałabym na nich z pierogami niczym archetypiczna matka, przywoływana często przez bibliotekarkę z mojej podstawówki, Panią Lidzię: ilekroć miała dość towarzystwa mojego i mojej przyjaciółki Renatki, a nachodziłyśmy ją regularnie każdego dnia po lekcjach, odsyłała nas do mamy na pierogi. No ale występ dziecka wypadałoby obejrzeć, to poszłam.

Chłopcy mają bardzo ładne świadectwa (Piotruś z paskiem, Michaś opisany tak pięknie, że chyba jego Pani miała na myśli kogoś innego. Zawsze bardzo dobrze przygotowany do lekcji? Bardzo starannie wykonuje zadania i pisze bezbłędnie? To na pewno nie chodzi o moje średnie dziecko!), żadnych rozdzierających serce matki końców i rozstań w tym roku nie przeżywaliśmy, delektuję się komfortem stabilizacji. Nowości szkolne czekają nas za dwa lata, zbieram siły. Jednak jestem pełna optymizmu: ta koszmarna czwarta klasa okazała się o niebo lepsza, niż pierwsza, która miała być bułką z masłem. Piotrek nie miał większych problemów z adaptacją w nowej sytuacji, uczył się mniej niż moim zdaniem powinien, jedyne nad czym mocno się męczył to matematyka – nie tyle chodziło o ogarnięcie materiału, co o mnóstwo zadań domowych z tego przedmiotu. Konflikty w klasie owszem, zdarzały się, ale udało się je rozwiązać bez ofiar w ludziach. Wyraźny podział na wrogie obozy dziewcząt i chłopców zaczął się zaznaczać dopiero pod koniec roku, podczas gdy w klasach równoległych akcje na tym tle trwały już od września. Piotrusia, wielbiciela płci pięknej, szalenie martwi, że koleżanki z klasy rozmawiają z nim tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma innej dziewczynki.

Wiecie, jakie jest moje podejście do wakacji (wiwatuję, kiedy się kończą), ale w tym roku dobrze zaplanowałam chłopakom czas, więc pytanie, które w głowie każdego rodzica już od maja świeci z mocą różowego neonu: „Co zrobić z dziećmi przez dwa miesiące?”, nie zatruwa mi życia.

Pierwszy tydzień wakacji spędzą na obozie sportowym, drugi na półkoloniach w centrum sportowym z pływalnią, a trzeci i czwarty na półkoloniach w domu kultury. W ostatnim tygodniu lipca postawię na podtrzymywanie więzi wnuków z ukochanymi dziadkami, a sierpień to już z górki. Jakiś tydzień wczasów rodzinnych, potem pobyt u jednej babci i drugiej, i wrzesień nastanie, zanim się obejrzymy. W wakacje czeka nas remont mieszkania, niby „tylko” malowanie, ale wiecie jaka to masakra w mieszkaniu, w którym się mieszka. Jak sobie pomyślę o pakowaniu książek, to już mi słabo. W planach mamy też reorganizację przestrzeni mieszkalnej, czyli przeprowadzamy się z mężem na kanapę, oddając młodszym dzieciom swoją sypialnię, a najstarszemu pozostawiając najmniejszy pokój. Myślę, że pożałuję tej decyzji już pierwszej nocy na kanapie, ale trudno, rozmnożyliśmy się beztrosko, trzeba ponieść konsekwencje. Mąż szalenie cieszy się, że wyląduje w pokoju z telewizorem, Piotruś cieszy się z własnego pokoju, Michaś cieszy się, że będzie spał na górze na łóżku piętrowym, więc ostatecznie rodzinny bilans wychodzi na plus.

Życzę Wam bardzo udanych wakacji.

DODATEK FOTOGRAFICZNY

Oto najmniejszy z dzisiejszych elegantów pod moim dachem.

- Wygląda trochę jak prezydent! – podsumował go z uznaniem Michaś.

wojtuslody

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii rodzina

 

Inwazja makulatury

19 cze

Dawno, dawno temu, w siermiężnym i nieuświadomionym ekologicznie PRL, papier był tak cenny, że od dostaw surowca zależny był nawet druk książek. Makulatura była walutą, za którą można było pozyskać upragniony ze zrozumiałych względów papier toaletowy. Szkoły wymagały od uczniów obowiązkowych kontyngentów zużytego papieru. Dobrobyt, w którym żyjemy obecnie, przejawia się m.in. w marnotrawieniu papieru, co budzi mój głęboki sprzeciw.

makulat

Jedną z bardziej widowiskowych form marnowania papieru są ulotki. Każdego dnia wyjmuję ze skrzynki na listy grube pliki ofert reklamowych, czy to w formie pojedynczych kartek, czy gazetek, zachęcających mnie do uszczęśliwienia się poprzez nabycie ręczników, nowych mebli bądź szynki wieprzowej tylko teraz 70% taniej. Naszym sąsiedzkim zwyczajem stało się, że odkładamy reklamy od razu na wierzch skrzynek na listy, nie zabierając ich nawet do domu i licząc, że pani sprzątająca wrzuci je prosto do żółtego kontenera. Przeglądam je tylko dlatego, żeby upewnić się, że nie zawieruszył się między nimi żaden list.

Drugim doprowadzającym mnie do szewskiej pasji sposobem marnowania papieru są paragony, które sprzedający musi wydawać nawet na pudełko zapałek pod groźbą smażenia się w skarbowym piekle. Jeśli nie wyrzucam ich na bieżąco, po tygodniu nie mogę domknąć porfela, spuchniętego od wciśniętych w przegródki świstków z warzywniaka, mięsnego i spożywczaka. Niedawno zrobiłam porządek w torebce: paragony utworzyły w niej warstwę ściółki, pod którą ukryły się dawno zagubione przedmioty. Po wyrzuceniu stosu paragonów torebka okazała się być dwa razy głębsza.

Szanuję papier i uczę tego moje dzieci. Rysujemy po dwóch stronach kartek, na własne notatki wykorzystuję zbędne wydruki, niepotrzebne, wykorzystane do cna papiery odkładam do kosza na surowce wtórne, cierpliwie wynoszę kolejne sterty do odpowiedniego pojemnika. Ale jednocześnie wkurza mnie, że nie chcę, a dostaję tyle celulozy i nawet nie mam pewności, że kiedy ją posegreguję, to zostanie przetworzona ponownie. Tak mi to  przyszło do głowy, gdy wychodziłam któregoś ranka do pracy, a na deszczu mokły żółte pojemniki w oczekiwaniu na śmieciarkę.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo?

17 cze

Chcesz się zabić? Popełnić samobójstwo? Zejść z tego padołu łez? Zniknąć na zawsze? Zasnąć na wieki? Nie obudzić się następnego dnia? Trafiłeś w dobre miejsce.

Nie wiem o Tobie nic. Statystyki mówią, że jesteś młody, nie widzisz sensu życia, albo przeżyłeś coś, co było dla Ciebie potężnym wstrząsem, po którym nie umiesz się pozbierać. Może to był zawód miłosny, może wiadomość o nieuleczalnej chorobie, może utrata pracy, może strata kogoś bliskiego. Może nie potrafisz już unieść ciężaru codzienności, może chęć do życia wysysa z Ciebie długotrwała depresja, może jesteś ciągle wyszydzany, odepchnięty. Może uważasz, że nikogo nie obchodzisz, nikt nie będzie po Tobie płakał.

Dlatego postanowiłeś się unicestwić. Zastanawiasz się tylko jak to zrobić.

file1151340932146500

fot. mensatic, www.morguefile.com


Może myślisz o tym już od jakiegoś czasu, a może wpadło Ci do głowy niedawno. Chcesz to zrobić szybko i tak, żeby nie cierpieć. To zrozumiałe. Tyle że nikt tak naprawdę nie zagwarantuje Ci bezbolesności zabiegu, któremu chcesz się poddać. Weź pod uwagę, że ci, którym się udało popełnić samobójstwo, raczej nie podzielą się z Tobą doświadczeniami.

Jeśli jesteś osobą dorosłą, koniecznie przeczytaj wpis mojej koleżanki, która chciała się zabić kilka razy. Miała powody: traumatyczne przeżycia, zdrada, samotność, brak pracy, mieszkania, perspektyw na życie jej i maleńkiego dziecka.

Jeśli jesteś osobą młodą, posłuchaj historii o B., ślicznej nastolatce z małego miasteczka, za którą oglądali się wszyscy chłopcy, a powodzenia zazdrościły jej wszystkie dziewczyny ze szkoły. Chodziłam z nią do klasy w podstawówce, później nasze drogi się rozeszły. W drugiej klasie szkoły średniej naszym miasteczkiem wstrząsnęła wiadomość, że B. powiesiła się na strychu  rodzinnego domu. Do dziś nie wiadomo, dlaczego. Plotki rozpalały małomiasteczkową społeczność: że była w związku z żonatym mężczyzną, że była w ciąży, że ukradła pieniądze z banku, w którym miała praktyki.

Z pogrzebu B. zapamiętałam jej rodziców: mdlejącą z rozpaczy mamę i załamanego tatę, z którymi często kłóciła się i zupełnie nie mogła znaleźć porozumienia. Zostawiła ich z ogromnym poczuciem winy, z którego już nikt nigdy na tym świecie nie będzie w stanie ich uwolnić. Wszyscy jej znajomi czuliśmy jakąś cząstkę tego żalu i bezradności: że nic nie zauważyliśmy, że nie było nas w pobliżu, gdy być może była szansa ją ocalić, powstrzymać.

Dziś, ile razy idę na cmentarz w rodzinnym miasteczku, odwiedzam jej grób. Urodziłyśmy się w tym samym roku, więc miałaby tyle lat co ja. Patrzę na jej blaknące zdjęcie na nagrobku z białego kamienia i myślę, kim byłaby dzisiaj, jak wyglądałaby, czy byłaby podobna do swojej mamy, ile miałaby dzieci, jak by się ubierała. Nad jej grobem radośnie śpiewają ptaki, szumią zielone o tej porze roku drzewa, w pobliżu mkną samochody, którymi ludzie jadą w różnych kierunkach i z różnymi sprawami. Ja dorosłam, skończyłam studia, wyszłam za mąż, urodziłam troje dzieci, robię pasjonujące rzeczy, czytam wciągające książki, oglądam piękne miejsca. Ona odebrała sobie szansę na to wszystko.

Całe życie mogłoby być jej udziałem, a nigdy nie będzie, bo jej udało się popełnić samobójstwo.

Nie rób tego.

Nawet kiedy uważasz, że jesteś ostatnim, najmniej ważnym człowiekiem na ziemi, to nie jest prawda! Bóg Cię kocha. Zawsze jesteś Jego dzieckiem, niezależnie, jak się Twoje życie ułożyło.

Kiedy sądzisz, że nikomu nie jesteś potrzebny – to nieprawda! Jesteś potrzebny swoim dzieciom, które nie urodzą się, jeśli się zabijesz.

Nie wiesz, co przyniesie jutro – może promyczek nadziei, szansa na zmianę czeka na Ciebie następnego dnia, którego już nie dożyjesz, jeśli popełnisz samobójstwo.

Jeśli myślisz, że i tak nikt Ci nie pomoże – mylisz się! Taka osoba jest na pewno. Może ulubiony nauczyciel, szkolny pedagog, ksiądz.

Jeśli nie widzisz takiej osoby w swoim otoczeniu, możesz zadzwonić pod któryś z tych numerów:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej
Wykaz telefonów zaufania w Polsce

Zawsze jest wyjście, a samobójstwo nie jest żadnym wyjściem.

Nie przekreślaj swojego życia, nie odbieraj sobie szansy na zrobienie czegoś ważnego. Może to właśnie Ty wymyślisz lekarstwo na raka lub rozwiążesz problem głodu na świecie. Bo dlaczego to nie miałbyś być właśnie Ty, dziś tak zdołowany i przekonany, że nie warto dalej żyć.

Warto żyć, mówię Ci, warto żyć!

Wpis w ramach akcji „Stop samobójstwom!”.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Żar tropików czyli sezon na gołe cycki

15 cze

Żar lał się z nieba przez kilka ostatnich dni i pewnie jeszcze trochę się poleje w najbliższych miesiącach (komuś za gorąco? Sorry, taki mamy klimat). W związku z tym pragnę poruszyć temat nagości w przestrzeni publicznej.

Publicznie głównie obnażają się matki karmiące, ekshibicjonistki, które wywalają na oczach szerokiego grona widzów mleczne bufory, epatując widokiem budzącym niesmak i zażenowanie w każdym normalnym człowieku. Nie od dziś bowiem wiadomo, że biust służy do sprzedawania opon, dachówek, płytek ceramicznych i motorów, a nie żeby dziecko mamlało go publicznie. Jak w ogóle można na takie ohydne widoki społeczeństwo narażać, tfu!

Drugą kategorią golasów stanowią małolaty w miniówkach lub w szortach zakrywających ledwie połowę pośladków, siksy w bluzkach z dekoltem do pasa i niunie w koronkowych, sypialnianych halkach. Każdy prawdziwy samiec dostaje oczopląsu i nie wie, gdzie oczy podziać na ich widok (przyznaję, i mnie, stuprocentowej samicy, zdarza się zagapić z niezdrową fascynacją).

I trzecia grupa, która budzi we mnie szczególnie ciepłe uczucia: panowie w wieku bardziej późnym niż wczesnym, wygodnie rozparci na ławkach w parkach, albo przemieszczający się na skrzypiących rowerach z koszulką przerzuconą przez ramię. Olbrzymie zagęszczenie tychże występuje w sezonie letnim w Krynicy Górskiej (być może również w innych polskich uzdrowiskach). Na każdej ławce siedzi co najmniej dwóch zażywających kąpieli słonecznych, brzuszyska im dumnie sterczą albo obwisają smętnie nad gumką od szortów, siwa sierść na klacie skołtuniona i sklejona potem, ramiona czerwone, oczy półprzymknięte, saszetka u boku, relaks w pełni.

Właściwie to powinnam być otrzaskana z tym widokiem, bo mam go w pamięci od zawsze. Zawsze latem Tata i sąsiedzi paradowali po domu i przy domu bez koszuli. Jeden z naszych bliższych sąsiadów, który często pracował razem z Tatą, bywał u nas na obiedzie. Ilekroć podniosłam oczy znad parujących ziemniaczków z kwaśnym mlekiem, tyle razy mój dziewczęcy wzrok natrafiał na męskie sutki w gęstwinie. Kiedyś jedne wakacje spędziłam w Wiedniu, dorabiając na szmacie, mieszkałam na tzw. kupie z różnymi ludźmi. W porze wieczornych wiadomości panowie zasiadali rzędem na krzesłach, wszyscy w samych gaciach, a jeden miał taki zwyczaj, że gdy się zagapił w telewizor, to się smyrał po sutkach i tak je sobie brał w dwa palce, jak Matka Boska karmiąca Dzieciątko.

Był to widok nieco niepokojący, ale nie widziałabym w tym nic niestosownego, gdyby pewnego razu we Francji, do kuchni, w której siedział rozebrany do pasa Polak, nie wpadła gospodyni Francuzka, którą wprost zatkało na ten widok i poleciła mu jak najszybciej założyć koszulę, kategorycznie stwierdzając, że to nie plaża. Wtedy zaczęłam zwracać na to uwagę. We Francji, w nadmorskich upałach, żaden dobrze wychowany facet nie paradował po domu ani po obejściu bez czegoś na grzbiecie. Na plaży – proszę bardzo, wszyscy bez skrępowania prezentowali ciała w każdym wieku i kształcie. Dało mi to do myślenia. Ostatecznie tak mnie ów pobyt we Francji zdemoralizował, że zaczęłam się domagać od taty odziewania w domu i przy stole. Bezlitośnie tępię chodzenie na pół goło u moich synków, jedynie Wojtkowi jeszcze pozwalam podczas upałów na bezkarne paradowanie po domu w samej pieluszce. Kiedy chłopcy prostestują, bo gorąco, przekonuję ich, że brak koszulki wcale nie oznacza, że będzie im chłodniej, to tylko złudzenie, a po prostu nie wypada latać goło. No taka jestem przeczulona i już!

W tym miejscu pragnę pozdrowić mojego sąsiada z bloku naprzeciwko, który wychodzi na balkon w samych slipach. Wiesza pranie, wnosi coś na balkon, wynosi, stoi i patrzy w dal… Ile razy spotykam go na osiedlu, gryzę się w język, żeby nie zapytać, które slipy dziś ma na sobie, te w kolorowe paski, w zygzaki czy te gładkie szare.

Wyróżniłabym tu jeszcze podkategorię tych półgołych facetów, mianowicie młode, atrakcyjne ciacha w okolicy dwudziestki, wyrzeźbione na siłce bądź zwyczajnie wysportowane. Zdecydowanie nie życzę sobie oglądać ich gołych klat na ulicy, gdyż widok ów budzi we mnie myśli nieskromne, czuję się jak stara lubieżnica i mogę zapomnieć, gdzie idę i po co oraz pogubić dzieci i siaty z zakupami. No.

ps. Ciekawam, czy dzięki cyckom w tytule statystyki oglądalności poszybuja w górę.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Przychodzi baba do lekarza…

11 cze

Już od jakiegoś czasu przebieram nogami, żeby opowiedzieć Państwu o moich perypetiach z polską służbą zdrowia. Bowiem czterdziestka minęła, gwarancja się kończy i zaczyna się czas: boli, znaczy żyjesz.

Łokieć mnie rozbolał. Oczywiście momentu rozbolenia nie pamiętam, a wszyscy chcą wiedzieć od kiedy dokładnie. Pewnie pobolewało stopniowo, aż pewnego dnia podniosłam czajnik pełen wrzątku, żeby sporządzić liczne napoje gorące, i tak mnie zabolało, że dałam temu wyraz werbalnie*. Od tamtej pory bolało raz mniej, raz bardziej, bywały poranki, gdy budziłam się z całą ręką ścierpniętą i odrętwiałą, gdy przestawiałam gar z pomidorową sycząc z bólu, gdy mrowiło, cierpło itp.

Tłumaczyłam sobie, że jako roszczeniowa patologia rozpycham się łokciami, to i boli, ale jednak pewnego dnia rzekłam sobie: idź ty babo do lekarza.
I jak powiedziałam, tak też uczyniłam.

Przychodzę do lekarza, a lekarz też baba – młoda, urocza, empatyczna. Przyznam, że zaczęłam naszą znajomość z dużą dawką rezerwy. Ciągle zdumiewa mnie fakt, że dokoła jest coraz więcej ludzi dorosłych a młodszych ode mnie. Kierowcy, nauczyciele, sprzedawcy, nawet lekarze. Dziwne uczucie tak oddać się w ręce młodzieży. No ale takie czasy.

Pani doktor wysłuchała z uwagą moich zwierzeń, pracowicie stukając w klawiaturę. Powiedziała, że najlepsze byłoby USG, ale musi sprawdzić, czy może wystawić skierowanie na USG łokcia. Okazało się, że nie może. Za to mogła na RTG. To wzięłam na RTG, przecież nie będę kaprysić.

Poszłam na ulicę Komuny Paryskiej i zrobiłam prześwietlenie, które, naturalnie, nic nie wykazało. Zmartwiona pani doktor przejrzała ponownie swoje informatory, ale w ciągu tygodnia, który upłynął między naszymi spotkaniami, niedobre NFZ nie dało przyzwolenia na łokcie. Pani doktor, patrząc na mnie przepraszająco, zachęciła mnie do zrobienia badania odpłatnego i poleciła swojego kolegę, który podobno bardzo dobry jest.

Poszłam do kolegi na Komuny Paryskiej.

Ach!…

Już dawno żaden obcy, a do tego młody i uroczy mężczyzna nie trzymał mnie za rękę w półmroku, jaki panował w gabinecie USG. Nie pamiętam kiedy (i czy kiedykolwiek!) osoba o podanych wyżej parametrach tak wytarmosiła mi rękę od łokcia po nadgarstek. 80 zł opłaty za ten kwadrans zainteresowania mną nie wydaje mi się wygórowaną kwotą. Obraz na ekranie wyglądał nieco psychodelicznie, na USG przywykłam oglądać istoty żywe, zasiedlające moją macicę, a tu nieruchome kości i stawy wyłaniały się z mroku niczym szkielety obrosłe pajęczynami. Tymczasem za drzwiami moi trzej synkowie zajmowali się sobą (Wojtuś siedział w wózku spętany szelkami, Piotruś pilnował Wojtka, a Michaś zwiedzał przychodnię).

Badanie wykazało łokieć tenisisty.

usg

Z wynikiem udałam się do mojej pani doktor, która bardzo się ucieszyła, że diagnoza jest jednoznaczna i wystawiła mi skierowanie do poradni rehabilitacyjnej przy Komuny Paryskiej. Udałam się tam nastawiona bojowo: będę domagać się adnotacji „pilne”, choćbym miała okupację gabinetu prowadzić, bo dowiedziałam się, że niepilni pacjenci dostają rehabilitację za rok, a pilni wcześniej.

Pan doktor był cudowny, szarmancki, do rany przyłóż. I nieco starszy ode mnie, chyba. Porozmawialiśmy sobie od serca o łokciach, dzieciach i innych radościach dnia codziennego. Bardzo ucieszył go mój książkowy przypadek tendinosis, z taką radością słuchał o kolejnych objawach, które potwierdzały diagnozę, aż żałowałam, że taka nieprzygotowana przyszłam, mogłam była jeszcze kilka dołożyć, tak od siebie. Na koniec wizyty wypisał mi skierowanie na rehabilitację i jakoś oględnie wspomniał o terminie, że kolejka jest długa, ale specjaliści znakomici i on poleca z całego serca rehabilitować się właśnie tu, a nie u konkurencji, ale że kolejka długa, a specjaliści znakomici, to on radzi wykupić godzinę z fizjoterapeutą, który mnie pouczy, co mogę sama z ręką robić w domu, a może nawet okaże się, że jedno spotkanie tak cudownie podziała na moją rękę, że warto będzie odżałować lody i kino i spotkać się ponownie i pozbyć bólu ever forever. Bo wie pani, tłumaczył mi, my tu oczekujemy spektakularnej poprawy, pani ma wyjść po zabiegach i po tygodniu powiedzieć: jest cudownie, wspaniale, nic mnie nie boli!… (Znaczy umrę?…) Oraz zalecił, bym Wojtka nie nosiła, tylko siadała na kanapie i mówiła: chodź do mamusi, mamusię ręka boli. Wysłuchałam uprzejmie, a na końcu zapytałam, czy mogłabym liczyć na adnotację „pilne”, co niewątpliwie przyspieszyło moją kolejkę.

Tu pan doktor zatroskał się wielce, a jego sympatyczne oblicze pokrył cień smutku, po czym wyliczył mi wskazania do „pilnej” rehabilitacji – np. udar bądź uraz (w tym momencie przemknęła mi przez głowę myśl, że a gdybym tak tu i teraz przyrąbała tym łokciem w biurko np?… Czy to dałoby się podciągnąć pod uraz?…) – i z serca życzył, bym nigdy takowych wskazań nie miała. Przeprosił mnie wielekroć, ale naprawdę nie może, co przyjęłam ze zrozumieniem, bo ja z natury wyrozumiała jestem.

W recepcji umówiłam się na tę przepisaną rehabilitację (maj 2016) oraz na godzinkę do fizjoterapeuty.

I cóż. W poniedziałek rano wybulę 70 zł na spotkanie z nieznaną mi jeszcze panią Basią, która przez godzinę będzie pokazywać mi, co powinnam robić sama w domu, a czego, znając życie, i tak robić nie będę. Odbyłam do tej pory trzy spotkania z moją panią doktor i jedno z panem doktorem, łącznie parę godzin mi to zajęło. A łokieć jak bolał, tak boli.

Rozumiem, że to ze strony NFZ taka wyrafinowana gra wstępna: to skierowanie można, a tego nie można, tu dam, tu sobie zapłać, a tu damy ci cały pakiet, ale dopiero za rok, poczekaj, rozpalaj w sobie pragnienie, a w międzyczasie znowu sobie zapłać…

Rację mają ci, którzy mówią, że do chorowania trzeba mieć zdrowie i pieniądze.

——
* auć, auć, motyla noga, ojejku jej!

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii życie codzienne

 
 

  • RSS