RSS
 

Piotruś ma dziewięć lat

21 lip

Dziewięć lat temu, w upalny lipcowy wieczór, moje życie zmieniło się raz na zawsze. Kiedy położna pokazała mi go zawiniętego w rożek, spojrzałam w szeroko otwarte oczy i napotkałam poważny wzrok maleńkiego człowieka. Aż mnie ciarki przeszły.

Na pierwsze badanie USG leciałam jak na skrzydłach, pijana szczęściem. Dwie kreski, dziecko, będziemy mieli dziecko!… Mąż był w Jemenie, ale będzie miał niespodziankę!… Tymczasem lekarka nie dała szans tej ciąży, bo oprócz dziecka w macicy był krwiak. „To nam posiąpi, poleci”, powtarzała. Przepisała tabletki i zastrzyki, ale ani przez chwilę nie wierzyła, że pomogą. Wracałam jak na ścięcie, łzy lały mi się po twarzy, był paskudny listopadowy wieczór piątkowy, z chmur leciał mokry śnieg, bolał mnie brzuch, nie chciała po mnie przyjechać żadna taksówka. Dowlokłam się do apteki, wykupiłam receptę, zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić się z pielęgniarką. Nie miała ochoty przyjechać do mnie następnego dnia, w sobotę, ale rozpłakałam się do telefonu, że w ciąży, że sama, że to zastrzyki na podtrzymanie… Westchnęła i zgodziła się przyjechać.

Pamiętam, jak leżałam plackiem na kanapie, czułam się tak bardzo samotna (Mąż daleko, a chciałam mu powiedzieć osobiście, chciałam mu powiedzieć pierwszemu, więc nie zadzwonię do Mamy…) i prosiłam: dziecko, zostań, obiecuję, że będziesz z nami szczęśliwe.

I zostało :-)

Dziwięcioletni Piotruś jest znacznie dłuższy i bardziej kościsty niż tamtego pamiętnego wieczoru. Jest poważnym chłopcem, choć w towarzystwie popisuje się i wygłupia. Uważnie obserwuje świat i ma dziesiątki przemyśleń na minutę. Nadal fascynują go urządzenia elektryczne, ilekroć wyjeżdża z domu, choćby na weekend, zawsze zabiera ze sobą przedłużacz.

Lubi czytać, rysować, słuchać muzyki. Współczesne technologie nie mają dla niego tajemnic. Wziął w posiadanie mój stary telefon i używa funkcji, o istnieniu których nie miałam nawet pojęcia.

Jego najnowsze hobby to blogowanie. Bardzo przejął się tym, że powinien pisać często i regularnie publikuje kolejne notki. Niecierpliwie wyczekuje każdego komentarza.

Dziwięć lat temu wyglądał tak:

piotrus
a dziś tak (krawat wybrał osobiście):

piotrus

Kochany Syneczku, jesteś naszą dumą i radością :-)

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wojtuś ma pół roku

16 lip

Będąc młodą blogerką, do pisania każdej notki przystępowałam z namaszczeniem: parzyłam kawę lub herbatę, stawiałam w zasięgu ręki talerzyk z przekąskami i oddawałam się przelewaniu myśli na dysk a następnie cyzelowaniu fraz. Teraz sytuacja wygląda tak: starsze dzieci bawią się u mojej kochanej siostry Agnieszki, najmłodsze wysłałam na spacer z moim nieocenionym w tej materii Tatą, złapałam w zęby kawałek czekolady i poleciałam pisać notkę. Bo nigdy nie wiadomo, ile mam na to czasu.

Jutro mija pół roku, odkąd Wojtuś ogląda świat z tej strony brzucha. Rok temu w tym samym pokoju na tym samym łóżku ledwo kiełkował w moim brzuchu, przechodząc od fasolki w bardziej zaawansowane stadium larwalne, a dziś macha nogami, śmieje się w głos, przekręca na brzuch i próbuje siadać. Rozwój człowieka jest i będzie dla mnie niepojętym cudem.

Rację ma Joanna, która zauważyła, że starsi bracia byli bardziej medialni. Tak było. Niemalże każdy kolejny miesiąc ich życia honorowałam notką podsumowującą. Teraz mi się nie chce. Wolę patrzeć i obserwować zmiany, które zachodzą w Wojcieczku, niż o nich pisać. Ale do tej notki sposobię się już od jakiegoś czasu, żeby mi za kilka lat dziecko nie wytykało, że takie nieopisane ;-)

Jest bardzo spokojnym dzieckiem. Dziwi mnie to niezmiernie, bo będąc w ciąży wrzeszczałam na chłopców, aż wibrowało, miałam takie napady szału, jak chyba tylko w ciąży miewam. Tymczasem Wojtuś może robić za wzorzec zen i kwiatu lotosu na tafli jeziora. Lubi, kiedy wokół są ludzie i coś się dzieje, obserwuje wówczas bacznie otoczenie i nie wymaga żadnego specjalnego zabawiania. Wieczorami włącza mu się tryb „jestem zmęczony i proszę mnie nosić, inaczej będę wył”, chyba że utnie sobie krótką drzemkę przed wieczorem, wówczas do późnych godzin nocnych bryluje w towarzystwie, rozdając rozkoszne uśmiechy.

Nie ma jeszcze stałego rytmu i nie jestem pewna, czy będzie miał. Przy Piotrusiu i Michasiu obsesyjnie pilnowałam rozkładu dnia. Z zegarkiem w ręku gnałam na poranny spacer, punktualnie o 12.00 kładłam do łóżeczka na drzemkę i reszta dziennych rytruałów też odbywała się o tych samych godzinach. Dobrze mi to robiło, bo wiedziałam, kiedy np. będę miała chwilę dla siebie. Teraz dobrze mi robi kompletna swoboda i olewanie grafiku. Widzę, że chce spać, to się z nim kładę. Raz jest to 10.00, raz 13.00. Nie latam też histerycznie na spacery, w roku szkolnym wychodziłam z wózkiem po chłopców, w wakacje odbywałam rundkę dopiero późnym popołudniem, najczęściej w jakimś konkretnym celu (np. do sklepu). Teraz u Rodziców zabieram chłopców na rowery i przy okazji spaceruję z Wojtkiem. Warunki spacerowe są tutaj cudowne, lepszych nie będzie: nie dość, że polne drogi są wyasfaltowane, sporadycznie przejeżdża nimi jakiś samochód, to jeszcze w budowie jest obwodnica Wojnicza. Późnym popołudniem nie ma na niej żadnego sprzętu budowlanego, a jest kawał wspaniałego, szerokiego asfaltu, więc korzystamy ile wlezie. Rewelacja!

W nocy Wojtuś budzi się różnie, raz albo kilka razy, trudno powiedzieć. Kiedy zgłodnieje, budzi mnie lekkim poklepywaniem po ręce albo po biuście. Na pewno jedno karmienie wypada ok. północy, wiem, bo często jeszcze wtedy nie śpię i syrena odrywa mnie od komputera. Oczywiście zje i zasypia, nie wpadł jeszcze nie pomysł prowadzenia nocnego życia.

Przy okazji ostatniego szczepienia przeczytałam w przychodni na plakacie, co też Wojtuś powinien umieć w tym wieku. Na co dzień kompletnie nie zaprzątam sobie tym głowy. Nie porównuję z Michasiem i Piotrusiem, choć wydaje mi się, że żaden nie był szczególnie zrywny. Obecnie Wojtuś sporadycznie siada (te cudownie proste plecki! Jaka szkoda, że z wiekiem to zanika), ma za sobą pierwsze przewroty (z pleców na brzuch), a położony na brzuchu (nie przepada) wysoko trzyma głowę i szeroko otwiera oczy oraz układa się do pełzania (ruchy naprzemienne rąk i nóg). Ponadto chwyta podawany mu przedmiot dwoma rękami, wodzi oczami za przedmiotami zmieniającymi miejsce i jest na etapie wyrywana nosów, włosów oraz ściagania okularów. Ślini się straszliwie i pcha do buzi co popadnie, pewnie wyjdą mu pierwsze zęby. Choć osobiście nie tęsknię – kiedy ściśnie szczękami rekina mój sutek, widzę wszystkie gwiazdy, nie chcę myśleć co zobaczę, gdy wbije weń ostry, świeżo wykluty ząbek.

Auuć.

Uwielbia starszych braci, wpatruje się w nich jak w obrazek. Ubóstwia się kąpać, to rytuał jego i tatusia. Zamykają się w łazience ze dwóch (czasem we trzech, gdy Michaś chce asystować) i słyszę tylko pluskanie wody i głośny śmiech Wojcieszka i taty. Kiedy pod nieobecność Męża kąpię go ja, patrzy nieco podejrzliwie.

Te pół roku z Wojtusiem przeleciało jak z bicza strzelił i tylko patrzeć, jak wąs mu się sypnie i pójdzie do przedszkola. A potem zacznie pyskować. A może nawet wcześniej, wszak dzieci dojrzewają coraz szybciej.

Wszystkiego najlepszego, kochany Syneczku! :-)

dorkaiwojtus1

fot. Karolina Piękoś :-)

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii rodzina

 

Żyjmy ekologicznie

12 lip

W komentarzach pod notką o pieluchach wielorazowych rozbujał się temat sortowania śmierci. Od kilku tygodni miałam zaczętą notkę o ekologii, zdopingowaliście mnie do jej skończenia. Dziękuję i zapraszam do lektury :-)

Fascynuje mnie, że to, co w latach mojego dzieciństwa było oczywiste, obecnie wymaga zachęcania i jeszcze można na tym zarobić. Mam tu na myśli ekologię.

Nie znałam tego słowa jako dziecko, nikt mnie nie uczył, że śmieci należy segregować. Ale było oczywiste, że niczego się nie wyrzuca, bo wszystko do czegoś się przydaje. Być może to kwestia mentalności wiejskiej, ale w moim domu rodzinnym wyglądało to tak:

Puszki po konserwach zanosiło się do garażu na śrubki taty, papier składało się na makulaturę do szkoły albo służył na podpałkę do pieca, szklane butelki były zwrotne, słoiki zostawiało się na przetwory, znoszone ubrania służyły „po domu” albo „do pola”, obierki i resztki jedzenia zjadały świnie i kury.

Wszystko w domu myło się octem i płynem do naczyń, na zakupy szło się z własną siatką, często uszytą własnoręcznie. Masło czy marmoladę z bloku ekspedientka owijała w szary papier, podobnie mięso i wędliny.

Plastików w ogóle nie było. Pamiętam, jak na początku lat 80. Tata przywiózł nam z NRD plastikowe kubki z uszkiem. To był hit! Nosiłam taki kubek na mleko do szkoły i nie było ryzyka, że się stłucze.

Moim zdaniem prawdziwym przekleństwem są plastikowe opakowania. Błogosławieństwem też, oczywiście, ale nie macie wrażenia, że jest ich za dużo? Moja Mama, wierna dawnym zwyczajom, nie wyrzuca plastikowych kubeczków, tylko używa je np. do hodowania sadzonek roślin (sieje w skrzynce, pikuje, rozsadza do kubeczków, a potem sadzi w polu). U mnie w domu wyrzucamy mnóstwo pojemników po kefirach (w sezonie na truskawki codziennie robimy koktajl truskawkowy z dwóch dużych kubków), plastikowe butelki po mineralnej i dziecięcych napojach. I oczywiście foliowe opakowania po parówkach, po serach, po owocach i warzywach z marketu, folie ze zgrzewki wody mineralnej, ze zgrzewki piwa, itp., itd.

Najbardziej irytują mnie torby plastikowe. Weszły do Polski razem z hipermarketami – gdzie ktoś wcześniej słyszał, żeby rozdawali torby za darmo? Reklamówka z Zachodu (albo z Peweksu) była szpanerskim gadżetem. Moja Babcia woreczki foliowe składała w kostkę i używała wielokrotnie. Hipermarkety rozdając foliowe torby wprowadziły do naszego myślenia przekonanie, że to nic nie warty śmierć. I teraz ciężko się przestawić na myślenie, że jednak nie należy beztrosko wyrzucać jej po jednym użyciu i brać kolejnej. Wysypiska śmieci są pełne powiewających plastikowych toreb, bo wszystko jest w nie pakowane, nawet w osiedlowym w warzywniaku niemalże każde warzywo w osobną. Kiedy Tesco przywozi mi zakupy, w jednej reklamówce jest np. jeden-dwa produkty. Gdybym sama robiła zakupy, zmieściłabym je w trzech torbach, dostawca przywozi mi ich ponad 10. Zużywam je potem m.in.  jako worki na śmieci, co też nie robi środowisku dobrze – rozsądniej byłoby jak kiedyś chadzać do śmietnika z wiaderkiem i opróżniać zawartość bezpośrednio do kubła. Ale to takie niehigieniczne i błeee!

Właśnie, higiena. Nie macie wrażenia, że dostaliśmy na jej punkcie jakiegoś, excusez le mot, pierdolca? Jest oczywiście spora grupa ludzi, którzy się nie myją (są dobrze wyczuwalni w środkach komunikacji zbiorowej), ale z drugiej strony są tacy, którzy ciągle piorą i mają w łazience całą baterię środków chemicznych, każdy do czegoś innego (a ponoć wszystko to może zastąpić torebka sody. Popatrzcie na swoje półki z kosmetykami. Uważam, że mam same podstawowe, a i tak jest tego kilka różnych butelek (oczywiście plastikowych). Nie pamiętam z dzieciństwa takiego nacisku na higienę, nie pamiętam, żeby ludzie śmierdzieli, choć kąpaliśmy się zazwyczaj raz w tygodniu, codziennie myjąc się „z grubsza”. Moda na mydła w płynie i żele do kąpieli, bardzo przyjemne zresztą, to moda droga podwójnie: mydło w kostce jest nieporównywalnie tańsze, a zostaje po nim niewielki papierek.

Póki co, najlepiej na zmianie myślenia na bardziej przyjazne naturze wyszły hipermarkety, które „w trosce o środowisko” zaczęły sprzedawać torby foliowe i w ten sposób odbijają sobie lata darmowego rozdawania reklamówek. Jak mnie to wkurza!…

Zadzwoniłam do MPO, aby poznać szczegóły segregacji śmieci w Krakowie. Odsyłana byłam od Annasza do Kajfasza. Zaczęłam od infolinii, na której siedziało jakieś przypadkowe dziewczę, które nie wiedziało, co się dzieje z odpadami do recyklingu, gdy opuszczają sortownię w Baryczy, ale znało telefon na Barycz. Zadzwoniłam. Pani odpowiedzi nie znała, ale znała numer telefonu do dyrektora, który „będzie wiedział”. Zatem ucięłam sobie miłą pogawędkę z panem dyrektorem, który powiedział mi kilka interesujących rzeczy.

Śmieci, które wrzucam do żółtych pojemników w osiedlowej wiacie śmietnikowej, są segregowane częściowo automatycznie, częściowo przez pracowników. Są dzielone na odpowiednie kategorie, myte i sprasowywane. Niektóre mają wzięcie, ale do odbioru innych trzeba dopłacić, bo np. foliowe torby są brudne i odbiorca weźmie i oczyści dla swoich celów, ale nie za darmo.

Trzeba myć opakowania (czyli płukać z resztek jedzenia i kosmetyków), bo jeśli makulatura wrzucona do tego samego kosza zamoknie od jogurtu, to już nie będzie się nadawała do przetworzenia. Argument, że mycie plastików to marnowanie wody, odpada, bo w Krakowie łatwo oczyścić wodę dzięki nowoczesnej oczyszczalni, jak zapewnił mnie dyrektor. To też argument za praniem pieluch – woda kosztuje, ale nie marnuje się. Zatem myję już ze spokojnym sumieniem.

W Krakowie właśnie buduje się spalarnię, która ma ruszyć pod koniec 2015 r. W pierwszej kolejności będą do niej trafiały resztki z sortowni, raczej nie ma nadziei, że spalarnia poradzi sobie z górą krakowskich odpadów niesortowanych.

A co z pampersami? Docelowo mają trafiać do spalarni, chociaż to wyjątkowo paskudne śmieci, które dodatkowo zanieczyszczają inne, jeśli wydostanie się z nich zawartość. Niektóre gminy rozdają mieszkańcom specjalne worki na pampersy, które trafiają prosto do spalarni, w Krakowie w tej chwili nie ma takiego rozwiązania.

Pan dyrektor bardzo się ożywił na wieść o nowoczesnych rozwiązaniach w temacie pieluch i ekomodzie w tej materii, przypomniał sobie nawet ceratki drzewiej używane przy tetrze. Radził pampersy pakować w foliowe worki i zawiązywać. Obawiam się, że to już na bank zagwarantuje im wieczyste leżakowanie na wysypisku. Pomrzemy my, wymrą nasze prawnuki, a pampersy po naszych dzieciach nadal będą zalegać w stertach śmieci. Oby nie tylko one po nas pozostały!

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Protest obywateli ratuje Boże Narodzenie

11 lip

O całej sprawie dowiedziałam się z maila od koleżanki-nauczycielki: „NIE dla usuwania Bożego Narodzenia z darmowego podręcznika dla 1-klasistów! | Podpisz petycję!” Bez jaj, pomyślałam, niby kto chce usunąć?!

Pewnie znowu jakieś czepialstwo typu „kolory na latawcu to tęcza LGBT” albo „Kopernik z walentynką”. Ale zobaczmy. Weszłam na stronę MEN, ściągnęłam drugą część podręcznika, przekartkowałam strona po stronie, aż trafiłam w okolice świąt. Na stronie 14 jest ubrana choinka, na stronie 16, 18 i 19 prezenty, na  22 i 23 dzieci robią ozdoby na choinkę. Na stronie 26 czytanka o Celinie, która pyta tatę, czy zaproszą do nich samotnego pana Cyryla, a tata odpowiada, że oczywiście, mama zrobi pierogi z kapustą, a on upiecze makowiec.

I ani słowa o tym, z jakiej to okazji. A pod czytanką pytania o święta – jak je obchodzicie, jak obchodzą je ludzie w innych krajach. Ale jakie święta? Święta to święta, oj tam, wszyscy wiedzą.

Przekartkowałam podręcznik jeszcze ze dwa razy, nim upewniłam się, że faktycznie, nie ma tu nigdzie słów „Boże Narodzenie” i „Wigilia”.

elementarz

Zastygłam w zadumie, że właściwie o co chodzi i dlaczego, i taką zastygniętą zastał mnie krzyk głodnego dziecięcia, pospieszyłam więc czynić swoją powinność i zupełnie zapomniałam o tym, co mnie na stronę MEN przywiodło. Na szczęście moi współobywatele petycję podpisali, ministerstwo przeprosiło i „Wigilia” oraz „Boże Narodzenie” pojawiły się na kartach podręcznika.

Wniosek stąd mam niewesoły: IM (=rządzącym) trzeba cały czas patrzeć na ręce. Do głowy by mi nie przyszło, że w Polsce komuś może przeszkadzać Boże Narodzenie w elementarzu. I straszno i śmieszno.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii rodzina

 

Pieluchy wielorazowe bez ściemy

08 lip

Segreguję śmieci, karmię piersią, noszę w chuście, a teraz jeszcze używam pieluch wielorazowych. Następnym krokiem na drodze mojego ekorozwoju będzie przypięcie się do drzewa.

Uwaga, notka traktuje o pieluchach, więc będzie również o ich zawartości.

Tematem pieluch wielorazowych interesowałam się już w ciąży. Pamiętałam, jak szybko schodzą pampersy: rach-ciach i po jednym dniu kosz pełen woniejących paczuszek. Do tego niemiła świadomość, że każda jest warta z 50 groszy i każda będzie setkami lat zalegała na wysypisku śmieci.

I tu macie odpowiedź na pierwszy pytanie:

Dlaczego zdecydowałam się na wielorazówki?

Przykro było mi patrzeć, jak pieniądze lądują w śmieciach, i źle mi było z myślą, że dobijam Matkę Naturę. Ponadto czytałam, że w jednorazówkach małe jąderka mają za ciepło i może to wpłynąć na płodność, więc opamiętałam się przy trzecim dziecku, że czas pomyśleć o wnukach.

Podobno wielorazówki wychodzą dużo taniej biorąc pod uwagę cały okres pieluchowania, ale jednorazowy wydatek rzędu kilkuset złotych może odstraszać. Więcej o kosztach będzie poniżej.

Do wyboru, do koloru

Na etapie zwąchiwania się z tematem korzystałam z forum, znalazłam tam dużo dobrych rad i zestawień.

Postanowiłam nie bawić się w testowanie, tylko kupić to, co dziewczyny polecają. Kierując się patriotyzmem lokalnym sięgnęłam po pieluchy krakowskiej Babyetty, uznawane za mercedes wśród wielorazówek. Dziewczyny piszą, że całkiem nieźle sprawdzają się też tańsze, zaczepiałam nawet kilku sprzedawców na allegro, ale nigdy nie uzyskałam odpowiedzi na moje pytania, a pytałam m.in. skąd oferowane przez nich pieluchy pochodzą.

Niezależnie od producenta, do wyboru ma się trzy opcje, można je kupić w wersji dla noworodka (XS, ale nie jest dostępna u każdego producenta) i popularną one size:

- all in one (AIO)
- kieszonka
- otulacz

a do środka:
- wkład chłonny
- formowanka.

AIO wykluczyłam na wstępie, uznając, że za długo by schła. Pewnie jest najpraktyczniejsza, niczego się nie wkłada, nie wyciąga, całość buch do pralki i już, ale to suszenie mnie odstraszyło.

Kieszonki miałam dwie w rozmiarze noworodkowym i uwielbiałam je. Kieszonka to nieprzemakalny wierzch zszyty z miękkim, dotykającym pupy dziecka materiałem (może to być mikropolar, ale zamówiłam u Babyetty z welurem, kierując się słuszną uwagą jednej z forumowiczek, że ona sama wolałaby mieć przy pupie bawełnę, a nie polar), wkład chłonny wkłada się pomiędzy te dwie warstwy. Bardzo wygodne i szybko schnące.

Otulacz to majty na rzepy albo na zatrzaski (vel napy) uszyty z nieprzemakalnego ale przepuszczającego powietrze materiału PUL.

Wkładem może być zwykła tetra, ale oczywiście dostępne są rozmaite inne, np. welurowe, bambusowe, itp. Można też zaszaleć z formowanką – jest uszyta jak otulacz, tyle że z weluru. Można do niej włożyć dodatkowy wkład i wtedy jest jeszcze bardziej chłonna. Mankamentem jest to, że formowanka z weluru nasiąka po całości, wilgoć rozchodzi się na brzuszek i pupę.

Dodatki

Decydując się na pieluchowanie wielorazowe należy mieć na uwadze nabycie pojemnika na zużyte pieluchy, oczekujące w kolejce do prania. Wiadro z pokrywką jest w sam raz, choć muszę się przyznać, że ciągle go nie kupiłam i zużyte pieluchy trzymam w zawiązanej reklamówce. Zapaszek nie ulatnia się, dopiero przy wkładaniu do pralki te z dna jadą amoniakiem, aż w oczy gryzie.

Nie mam środka bakteriobójczego, a polecany jest np. olejek z drzewa herbacianego, którym skrapia się pieluchy w wiadrze. Bakteriobójczo działa prasowanie, ale nie będę Was ściemniać, że prasuję pieluchy po każdym praniu. Zdarza się to incydentalnie.

W sprzedaży są bibułki, które nałożone na wkład chłonny wyłapują kupę (warto przy smółce oraz konkretniejszych kupach starszych niemowląt), a także wkładki „sucha pielucha” z cienkiego polaru (dla noworodka, na spacer, do spania).

Co kupić?

Każdy producent pieluch wielorazowych oferuje pakiety próbne. Ich skład wydaje mi się optymalny do przetestowania, co najbardziej nam odpowiada. Jednak, jako że jestem mądrzejsza od radia, sama wybrałam zestaw startowy dla Wojtusia i zapłaciłam więcej niż za pakiet próbny.

Na początek kupiłam dwie kieszonki i trzy otulacze w rozmiarze XS, wkład welurowy i dwie wkładki „sucha pielucha”, dwie formowanki z weluru oraz zestaw bibułek. Oraz ze trzydzieści tetrówek, bo od początku skłaniałam się ku opcji otulacz + tetra. Wychodzi najtaniej. Może i wkład welurowy jest bardziej chłonny (oferowane przez Yettę są szyte z podwójnej warstwy, mają dopinaną wkładkę, więc mamy 6 warstw weluru, ale nie są tanie), jednak porządna tetra też się sprawdza.

Właśnie, porządna! tetra. Kupując pieluchy uważajcie, bo to co teraz się sprzedaje jako tetrę woła o pomstę. Kupujesz duże, 70×80, a z pralki wyjmujesz harmonijki, które po rozprasowaniu zaczynają prześwitywać jak firanki. No żesz! Do wycierania buzi może być i firanka, ale pod tyłek musi być gruba i porządna. Ostatnio kupiłam na allegro pieluchy tetrowe 80×80 o gramaturze 140 – są ekstra, rzeczywiście duże i grube.

Otulacze Babyetty są bardzo solidne, używam ich już cztery miesiące, piorę co drugi dzień i nie ma na nich śladu zużycia. Wszystkie białe elementy (zakładki, gumeczki) dopierają się do śnieżnej bieli. Tetra wygląda dużo gorzej, kupy nie spierają się z niej do końca (a przecież dla urody pieluchy nie będę jej traktowała odplamiaczem), więc wcześniej czy później trzeba będzie wymienić na nowe.

Obecnie mam 8 otulaczy (zdecydowałam się na zapięcie na zatrzaski, rzepy szybciej się niszczą) i jakieś 30 pieluch. Chyba tylko raz zdarzyło się, że po dwóch dniach wszystkie otulacze były do prania. Najczęściej piorę naraz cztery-pięć i oczywiście wszystkie pieluchy. Większa ilość by mnie nie zbawiła, po dwóch dniach i tak trzeba prać. Otulacz zakładam kilka razy, dopóki zakładki nie zamokną od sików (zdarza się przy cienkiej pielusze tetrowej).

Czy kupować wielorazówki dla noworodka w rozmiarze XS?

Noworodkowy rozmiar wystarcza na dwa-trzy miesiące. Wojtek zaczął używać wielorazówek, kiedy skończył miesiąc, teoretycznie XS/S są do 7 kg, ale już dawno przeszliśmy na one size, zalecane od 5 kg. System nap pozwala dopasować je idealnie do malutkiej pupy, chyba, że dzieciątko jest rzeczywiście maleńkie. Od urodzenia swoją córeczkę pieluchuje wielorazowo Lejla, wielorazowe pieluchowanie ma już za sobą Matka Sanepid, możecie je pytać o szczegóły.

Jak to się wkłada/zakłada?

W sieci znajdziecie wiele filmów instruktażowych, z których nauczycie się obsługi wielorazówek w każdej postaci. Warto pamiętać, że taka pielucha zajmuje więcej miejsca niż papierowy pampers, zatem trzeba zakładać dziecku bodziaki w większym rozmiarze. Wojtuś, normalnie między 68 a 74, body nosi na 80-86.

Jak często zmieniać?

Tej informacji na próżno szukałam u dziewczyn piszących o wielorazówkach. Fakt, ciężko powiedzieć. Czasem pielucha jest mokra po 10 minutach, czasem Wojtuś budzi się po trzech godzinach w suchej. Wystarczy obserwować dziecko – kiedy robi się niespokojne, popłakuje, prawdopodobnie chodzi o dyskomfort pod pupą. Ten dyskomfort można ograniczyć, używając polarowej wkładki „sucha pielucha”, co przy maleństwie rzeczywiście ma sens. Jeśli liczymy na to, że starsze dziecko szybciej przesiądzie się na nocnik, używanie tej wkładki oddala nas od celu.

Na początku używania wielorazówek miałam wrażenie, że nic nie robię, tylko pieluchy zmieniam co pięć minut, a dziecko, które w pampersie spało jak anioł, nagle niespokojne się zrobiło i budziło się co chwila. Po jakimś czasie przywykłam do tego rytmu. Teraz dziwne mi się wydaje, kiedy nie sprawdzam pieluchy co kilka minut, a pampersy śmierdzą mi straszliwie już po jednym siknięciu.

Jak prać?

Otulacze PUL pierze się w 60 stopniach w połowie porcji ilości proszku zalecanej przez producenta i nie wolno używać płynu do płukania, bo niszczy to właściwości tkaniny. Jest to konieczność nieco upierdliwa, bo wiadomo, że same otulacze pralki nie wypełnią, piorę więc z pieluchami i ubrankami Wojtusia i jeszcze najczęściej dorzucam jakieś nasze, i to wszystko pierze się bez płynu do płukania, a lubię, jak mi pranie płynem pachnie.

Na razie nie narzekam na uciążliwość prania, na jedno pranie przypada 1-3 pieluchy z kupami, które są płynne, więc wsiąkają w tetrę i trzeba je z niej wymoczyć. Czytałam, żeby tylko spłukać z grubsza i ustawić pranie wstępne, ale z uwagi na towarzystwo w pralce jednak wolę te trzy sztuki odmoczyć i wypłukać prawie do czysta i dopiero włożyć do pralki.

A jeśli przeciekają?

Wielorazówki mogą przeciekać, gdy są za luźne (wtedy trzeba zmienić rozmiar na mniejszy zapinając odpowiednie napy), albo gdy są zatłuszczone od kremów do smarowania pupy, albo gdy kilka razy dodaliśmy beztrosko płynu do płukania. Odtłuszcza się je mocząc przez całą noc w wodzie z dodatkiem płynu do naczyń, a potem trzeba wypłukać w czystej wodzie i normalnie wyprać. Do tej pory (przez pięć miesięcy) nie zdarzyło mi się zatłuścić otulaczy kremem.

Ile to kosztuje?

Podobno wielorazówki są tańsze, z wyliczeń, które można znaleźć w Internecie wynika, że kosztują połowę mniej niż pampersy (ok. 2 tys w stosunku do ok. 4 tys. wydanych na jednorazówki przez 3 lata pieluchowania). Przy starszych chłopcach nigdy nie policzyłam wydatków na pieluchy, więc trudno mi powiedzieć. Kiedyś pytałam o to na FB, dziewczyny pisały, że wydały między 2 a 4 tys. zł na jednorazówki, więc jest rozrzut.

Na pewno konieczność wydania za jednym zamachem kilkuset złotych na wielorazówki może być odstraszająca, tym bardziej, że nie wiadomo, jak się nam to sprawdzi. Czytaj: na ile wystarczy matce cierpliwości do odmaczania kup.

Porządny otulacz kosztuje tyle, co dwie duże paczki jednorazówek, ponad 60 zł. Warto więc polować na promocje – Babyetta ma takie, że przy zakupie dwóch pieluch/otulaczy drugi egzemplarz jest za połowę ceny. Wtedy średnio wychodzi ok. 45 zł za sztukę, czyli półtorej paczki jednorazówek. Ale tak jak pisałam wcześniej – to mercedes wśród wielorazówek, uszyte bardzo starannie, nic nie ma prawa się popruć, są dopasowane idealnie, system zakładek i gumeczek działa bez pudła. Warto.

Jednorazówki – narzędzie szatana?

Bez przesady. Kupujemy i zużywamy średnio jedną paczkę jednorazówek miesięcznie. Zakładam je na noc, bo jestem zbyt leniwa na zmienianie pieluch w środku nocy, na podróż, na wyjścia z domu w chłodny dzień. Mówi się, że wysoki koszt jednorazówek to cena za luksus i wygodę. Moja Mama nie może pojąć, jak mając taki wygodny wynalazek można w ogóle myśleć o praniu pieluch. Osoby, które kręcą głowami, że ile to roboty, mają w pamięci gar wrzątku i kopystkę, a ponadto mają takie podejście do tematu jak ja do przyrządzania mleka modyfikowanego, albo jak ktoś, kto nigdy w chuście nie nosił, do wiązania chusty. Czyli jak już w to wejdziesz, to okazuje się, że to nic trudnego. Dla mnie luksusem jest świadomość, że robię, co w mojej mocy, by ulżyć Matce Ziemi.

Ps. Notki, niestety, nie sponsorowała Babyetta ani żaden inny producent wielorazówek, ale jestem otwarta na propozycje ;-)

 
Komentarze (37)

Napisane w kategorii rodzina

 

Się stało, co stać się musiało

04 lip

To była tylko kwestia czasu. Państwo pozwolą, że przedstawię:

Piotrusiowy pamiętnik

Miłej lektury :-)

Ps. Proszę, zostawiajcie mu komentarze, nic tak nie motywuje blogera jak reakcje czytelników.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Dwadzieścia lat po maturze

02 lip

Dwudziestolecie matury świętują starcy stojący nad grobem. Tak uważałam opuszczając licealne mury i to przekonanie towarzyszyło mi przez kolejne lata. Aż tu nagle i niespodziewanie okazało się, że w roku 2014 wypada ta właśnie okazja do spotkania w gronie łysych i pomarszczonych wapniaków, z którymi ledwie wczoraj dzieliło się szkolną ławkę.

Lekiem na to zło okazał się Wojtuś, bo skoro mam kilkumiesięczne dziecko, to przecież nie jestem taka stara! Udałam się zatem na „studniówkę po 20 latach” krokiem lekkim, na wysłużonych i niezawodnych obcasach, upchnąwszy pociążowy brzuch w majty modelujące (które były najdroższym elementem mojej okolicznościowej garderoby) i okrywszy go sukienką typu bombka. Wyglądałam świetnie, nawet lepiej niż 20 lat temu i byłam przekonana, że każda z obecnych na imprezie osób tak właśnie myśli. Oczywiście o sobie.

Z koleżankami z klasy spotykałyśmy się przez te 20 lat w miarę regularnie, więc szoku nie było, nic się nie zmieniły. Tę opinię potwierdził nasz kolega Jarek, przebywający aktualnie za oceanem, kiedy pokazałam mu zdjęcie z imprezy.

- Niewiele się zmieniłyście, naprawdę niewiele… Jedyne co, to miałem problem z fryzurą Iwony, jakoś inaczej ją zapamiętałem.
- Jareczku, ale na zdjęciu nie ma Iwony.
- Oo…

No właśnie :-)

Impreza była z rozmachem, bo kolega Piotrek z biol-chemu zorganizował ją dla całego naszego rocznika. A byliśmy rocznikiem licznym, klasy od A do G. Licznie reprezentowane były obydwa biol-chemy, klasa angielska i mat-fiz. Z naszej humanistycznej była garstka, z dwóch pozostałych klas nie było nikogo. Chyba, bo niektórych to jakbym pierwszy raz w życiu widziała. Kompletnie obcy ludzie, a przecież przez cztery lata mijaliśmy się na szkolnych korytarzach. Nic, żadnego błysku, że gdzieś-coś razem. Był taki jeden łysy facet, rozpasany tanecznie, myślałam przez chwilę, że może to jakiś nauczyciel, ale nie. Ogólna tendencja jest taka, że dziewczyny wyglądają świetnie, a panowie wyraźnie gorzej. Grube szkła, mocno przerzedzone włosy, wielkie brzuszyska. Jednego z kolegów, sąsiada z Wojnicza, poznałam dopiero po dłuższym wpatrywaniu się i zastanawianiu, czy to on, czy nie on. Kiedy zapytałam, czy to on, minęły ze trzy sekundy, nim wykrzyknął moje imię, więc obowiązujący tekst „nic się nie zmieniłaś!” można między bajki włożyć.

Siedzieliśmy obok chłopaków z mat-fizu, przeważnie informatyków, którzy nie tracili czasu na pitu-pitu, tylko podzwaniając szkłem wnieśli skrzynkę trunków, wstawili ją pod stół i grzali równo. Z drugiej strony siedziały eleganckie dziewczyny z biol-chemu, lekarki i prawniczki, subtelnie popijając winko. Mamy w roczniku prawdziwą gwiazdę, aktorkę znaną z telewizji, która wygląda wspaniale. Ze skromnego, cichego kaczątka wyrósł piękny łabędź.

Nauczycieli było dwóch, w tym nasz polonista, któremu z wiekiem ubyło włosów, ale nie polotu. Bardzo ucieszyłam się na ze spotkania z nim. Doniosłyśmy mu uprzejmie z moją przyjaciółką Danusią, że nasz kolega Ryszard, którego profesor nieustannie tępił za styl wypowiedzi, rzekomo rodem z powieści dla kucharek, jest obecnie ważną osobistością.

DJ, śpiewający i przygrywający na saksofonie, był wyraźnie niedoinformowany, bo uparcie próbował zabawiać nas muzyką z czasów naszych rodziców. W końcu Kasia poszła do niego z uwagą, że to jest dwudziestolecie matury, nie czterdziestolecie. DJ nie przejął się specjalnie. Czerwone Gitary rządziły niepodzielnie.

Wcześniej czy później wszystkie rozmowy schodziły na dzieci. Szczególnie zachłannie słuchałam o kłopotach z nastolatkami, czyli o wyzwaniach macierzyńskich dla zaawansowanych. Czuję już na plecach oddech dojrzewania. Brrr.

To, co mnie mierzi w szkolnych spotkaniach po latach, w których do tej pory uczestniczyłam, to publiczne opowiadanie o sobie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie robił za gwiazdę i przechwalał się, czego to on w życiu nie osiągnął, wpędzając pozostałych w poczucie, że są życiowymi nieudacznikami. Znacznie lepiej prowadzić takie rozmowy w podgrupach. Na naszym dwudziestoleciu warunki były do tego wymarzone, żadnych publicznych spowiedzi, dominowały rozmowy w wąskim gronie prosto do ucha, żeby być słyszanym w hałasie generowanym przez DJ-a.

Było fajnie, aczkolwiek myślę, że bawiłabym się jeszcze lepiej, gdybym nie była na diecie bezalkoholowej.

W ostatni weekend dwudziestolecie matury obchodził Mąż. Przyniósł ze spotkania świetną pamiątkę, mianowicie studniówkę zgraną z VHS na DVD. Muszę to samo zrobić z moją! Niedzielne popołudnie spędziłyśmy z Teściową oglądając naszego Jacusia 20 lat temu. Pojawiał się przed kamerą i znikał, i znów pojawiał się, za każdym razem z nową partnerką i większym luzem w kolanach. Przyznać trzeba, że miał więcej energii do tańca niż na naszym weselu. Bujna blond grzywa rozczuliła mnie bardzo, wyglądał całkiem podobnie, kiedy poznaliśmy się cztery lata później.

Najlepszym fragmentem nagrania jest „część artystyczna”, kapitalne piosenki i wierszyki o profesorach. Etatowi polscy kabareciarze mogliby się uczyć od chłopaków. Od niedzieli chodzi za mną piosenka dla chemiczki, zaśpiewana na popularną melodię „Que sera”, a zatytułowana „H2O”. Chodzę po domu i nucę: „Aldehydy, alkohole, wszystkie dzisiaj was… mam w głowie, H2O, H2O, H2O”.

A Państwo już po dwudziestoleciu?

…Que sera, que sera, que sera…

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii życie codzienne

 
 

  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy