RSS
 

3 x 9 czyli Wojtuś w połowie października

31 paź

Wojtuś skończył 9 miesięcy, waży 9 kg i z tej okazji prezentuję 9 godnych zapamiętania faktów o nim.

1. Bardzo sprawnie pełza na brzuchu. Błyskawicznie ucieka z przewijaka, rozłożonego na podłodze, co sił w kończynach pędzi odkrywać nowe terytoria. Niezmiennie fascynuje go pokój braci, do którego ma bardzo ograniczony dostęp z uwagi na permanentnie walające się po dywanie drobne zabawki.

2. Jednym z jego ulubionych miejsc jest przedpokój, gdzie wyrywa ze ściany gniazdko telefoniczne.
- My też tak robiliśmy? – pyta znękanym głosem Piotruś, codziennie przykręcając gniazdko.

3. Doskonale wie, jak udawać niewiniątko. Kiedy wypełza do przedpokoju i sięga do gniazdka, rozlega się moje stanowcze:
- Nie wolno! To niebezpieczne!
Wówczas błyskawicznie jednym baletowym ruchem okręca się na brzuchu o 180 stopni, rączką sięga po leżącego w pobliskim kącie karnego żółwika (na którym już od lat nikt nie odbywał kary, ale żółwik leży), a ku mnie odwraca pełną niewinności twarzyczkę.

4. Kiedy słyszy muzykę, podskakuje na pupie albo leżąc na brzuchu wystukuje rytm nogami. Zupełnie jak Michaś, nazywany onegdaj przez Jutę najbardziej rytmicznym dzieckiem świata.

5. Siedzi stabilnie, z pięknie wyprostowanymi pleckami. Aż sama prostuję się na ten widok. Jeszcze nie umie przejść z pozycji siedzącej do innej, więc posadzony siedzi w miejscu. Już widzę, że zmieni się to lada moment, ale cieszę się chwilą :-)

6. Lubi jeść, wśród ulubionych smakołyków znajdują się jajecznica, fasolka szparagowa, brokuły, kalafior, buraczki i chleb z masłem. Powoli odchodzimy od miksowanych zupek, chłopak chce jeść konkretne rzeczy, samodzielnie gryźć i mamlać. Zębów jeszcze nie ma, ale radzi sobie doskonale.

7. W ciągu dnia sypia tak różnie, że nie ogarniam. Raz zasypia o 9.30, raz o 12.30, czasem prześpi godzinę, czasem trzy, od czasu do czasu godzinkę przed południem, godzinkę po południu. A wstaje codziennie o tej samej porze.

8. Uwielbia starszych braci. Obserwuje z wielkim zainteresowaniem kiedy się bawią i kiedy się tłuką. Gdy Piotruś wraca ze szkoły, na jego widok uśmiecha się od ucha do ucha. Gdy kładę go rano Michasiowi do łóżka, jest dumny jak paw. Uwielbienie dla braci obejmuje również ich siedzibę. Pokój chłopaków jest miejscem najbardziej pożądanym, a niedostępnym ze względu na panujący tam permanentny bajzel i walające się po dywanie drobne klocki i gumeczki. Zwykle w wejściu stoi samochód, tarasujący drogę w głąb, ale niech no tylko ktoś go przesunie…

9. Z wielkim zaangażowaniem obrywa listwy przypodłogowe. Idzie szlakiem braci. Najpierw wyrwał te obluzowane, które oni zdemolowali w analogicznym wieku, a teraz zajął się listwą w przedpokoju, do tej pory nie ruszaną. Co więcej, kiedy jesteśmy w gościach, puszczony na podłogę zaraz zabiera się za listwy gospodarzy.

Jest słodki, rozkoszny i cudowny, a ja jestem bardzo szczęśliwa i zmęczona. Zdecydowanie maleńkie dzieci powinno się mieć w młodszym wieku.

wdrodzenafitness500Wojtuś nie traci dobrego humoru nawet gdy pada deszcz.
Za twarzowe ubranka dziękujemy Cioci Monice :-)

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii rodzina

 

Koniec śmieciowego jedzenia w szkołach

29 paź

Nauczycielki klas I-III alarmują, że dzieci przynoszą do szkoły mnóstwo słodyczy, a także pieniądze, za które kupują kolejne łakocie w sklepiku. Odcięcie jednego z tych źródeł to już coś.

Zapraszam do lektury mojego komentarza w Instytucie Obywatelskim.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii rodzina

 

A czy Ty, matko, potrafisz chorować?

27 paź

Zapraszam do lektury mojego tekstu Poradnik chorowania dla matek.

Kiedyś był na blogu, ale przypominania w tej sprawie nigdy dosyć. Ciekawostką jest to, że w komentarzach zero hejtu! ;-)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii rodzina

 

…na obcasach maszeruje czwarta klasa!

22 paź

Z pozdrowieniami dla Nataszy

Piotruś jest w czwartej klasie. Ktoś może mi powiedzieć, skąd on się tam wziął?

Bałam się czwartej klasy. Słyszałam, że dzieciom ciężko jest przestawić się na nowy rytm pracy, mnogość nauczycieli, większą samodzielność w poruszaniu się po szkole, do tego Piotruś jest rok młodszy… Co to będzie, co to będzie? Rozmyślałam, a siwizna coraz bezczelniej występowała mi na skronie.

Początek był trudny dla mnie, kompletowanie podręczników lekko mnie przerosło (trudności nastręczył szczególnie podręcznik do techniki: tytuł się zgadzał, wydawnictwo się zgadzało, ale nazwisko autora się nie zgadzało, ha!) ale już 10 września wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Początek był trudny dla Piotrusia – od razu mnóstwo zadań, w czym celowała pani do matematyki. Po przyjściu ze szkoły Michał rzucał tornister w kąt i szedł na podwórko, a Piotruś długie godziny wzdychał boleśnie nad ćwiczeniami, rozwiązując kolejne zadania. Im dłużej siedział, tym bardziej cierpiał, im bardziej cierpiał, tym bardziej się dekoncentrował, im mniej skoncentrowany był, tym dalej odlatywał myślami i tym większy szlag mnie trafiał. Za każdym razem myślałam o moim Tacie, który przy odrabianiu ze mną matematyki dostawał wytrzeszczu i był na skraju rażenia apopleksją, a i dla mnie była to największa kara, jaką mogłam sobie wyobrazić. Jak ja Go dziś rozumiem!…

Teraz, pod koniec października, sytuacja się unormowała. Odrabianie zadań nabrało tempa. Piotruś chodzi na zajęcia wyrównawcze z matematyki, które bardzo lubi, bo jest ich zaledwie kilkoro i pani wszystko bardzo dokładnie tłumaczy, a poza tym powiedziała Piotrusiowi, że jeśli nie będzie mógł poradzić sobie z jakimś zadaniem, to ma je zostawić i ona mu wytłumaczy na dodatkowych zajęciach. Żyć nie umierać!

Obawiałam się, że problemem może być uczenie się – że trzeba będzie przeczytać, zapamiętać a potem odpowiedzieć czy napisać z tego klasówkę. Moje obawy nie były bezpodstawne. Po jednej z pierwszych lekcji historii Piotruś zakrzyknął:

- Mamo, mamo! Ty wiesz? Mieszko I przyjął chrzest jako dorosły i tak się z tego ucieszył, tak okropnie się ucieszył, że kazał zbudować tysiąc szkół!… No, przynajmniej tak zrozumiałem…

Tymczasem przynosi ze szkoły same piękne oceny, również z kartkówek, bardzo lubi wychowawczynię i pozostałych nauczycieli. Jest dość samodzielny, jeździ do szkoły i wraca z niej autobusem. Największym problemem zdają się być koledzy, regularnie obsępiający go ze smakołyków, które przynosi w śniadaniówce. Mam bowiem taką metodę, że nie daję moim dzieciom do szkoły pieniędzy na zakupy w sklepiku, tylko tak komponuję zawartość śniadaniówki, żeby znalazła się tam i kanapka i owoce i coś słodkiego. Przykazałam Piotrusiowi ćwiczyć asertywność, ale idzie ciężko.

- Kiedy powiedziałem koledze, że nie dam mu krówki, bo sam mam na nią ochotę, to powiedział, że jestem idiotą.

Trudno, musi się chłopak nauczyć mówienia „nie” bez względu na cenę. Tej umiejętności w genach mu nie dałam.

Obecnie największym problemem dla mnie jest flet. Uczą się grać, pan od muzyki zadaje im ćwiczenia do przygotowania w domu i na lekcji odpytuje. I Piotruś ćwiczy, a że słuch muzyczny ma po mamusi, to ciężko mu idzie. Ale się nie poddaje i ćwiczy, a mnie oko lata. Nic to, przetrwaliśmy pierwszą klasę, przetrwamy i flet!

I nie wiem, czy mój luz wynika z tego, że wyprzytkałam się nerwowo w pierwszej klasie, czy może  z rozłożenia akcentów na trzech synków, z których każdy coś zaczyna i każdy wymaga uwagi? Tak czy inaczej, w tej czwartej klasie nie jest źle i oby ta tendencja utrzymała się.

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii rodzina

 

Kuchnia malucha czyli moje przepisy na pierwsze zupki i kaszki

21 paź

Z dedykacją dla Magdy i Kubusia :-)

Wiele mam broni się przed gotowaniem dla niemowlęcia i wybiera słoiczki w obawie, że nie przygotują tak wartościowego posiłku jak specjaliści.

Nie wiem, dlaczego miałabym się czuć niekompetentna w tym zakresie, co prawda nie mam wykształcenia kierunkowego, ale gotuję dla rodziny od lat, od czasu do czasu karmię też znajomych, wszyscy żyją i nawet chwalą, że dobre, ekologiczne jarzyny dostaję od Mamy i od Cioci Dziuni, mam na to czas, więc nic tylko gotować.

Dietę Wojtka, dziecka karmionego piersią, zaczęłam rozszerzać kiedy skończył 6 miesięcy, co wypadło w połowie lipca. Byliśmy wtedy u moich Rodziców, z dostępem do warzyw prosto z nawożonej naturalnie działki. Schemat rozszerzania diety wydrukowałam ze stron serwisu dziecisawazne.pl, przypięłam na tablicy korkowej w kuchni, korzystam.

sloikiMój podstawowy zestaw kaszkowy

W siódmym miesiącu życia Wojtusia gotowałam takie zupki:

Pierwsza zupka
Ugotowałam marchewkę, przetarłam przez sitko, dodałam mojego mleka, żeby była półpłynnej konsystencji, podałam Wojtusiowi. Wojtuś polizał, skrzywił się, polizał drugi raz, pomamlał tę odrobinę, którą podałam mu na końcu łyżeczki. Następnego dnia ugotowałam drugą marchewkę, Wojtuś pomamlał z jakby większym zainteresowaniem. Trzeciego dnia wprowadziłam ziemniaka.

Druga zupka
Marchewka i ziemniak to bardzo dobre połączenie na początek kulinarnej przygody. Zmiksowane lub przetarte, z dodatkiem mojego mleka Wojtuś próbował z rosnącym zainteresowaniem przez kolejne dwa-trzy dni.

Zupy gotuję do miękkości warzyw i miksuję z niedużą ilością wody, w której się gotowały.

Trzecia zupka
Ponieważ Wojtuś dobrze przyswoił marchewkę i ziemniaka, do kolejnej zupki dodałam dynię. Akurat na babcinej grządce urosła pierwsza.

A potem już poszło:
ziemniak, marchewka, burak,
ziemniak, marchewka, pietruszka,
ziemniak, marchewka, pietruszka, dynia.

I równolegle coś z owoców: jabłko gotowane na parze, sam miąższ, bez skórki. Podawałam jak zalecają: stopniowo, zaczynając od jednej łyżeczki, codziennie zwiększając ilość.

W ósmym miesiącu zaczęłam podawać kolejne zupki i kaszki, a także surowe owoce (tarte jabłka, gruszki, świeże maliny).

Do poprzedniego zestawu zup dołączyły nowe:
ziemniak, marchewka, cukinia,
ziemniak, marchewka, pietruszka, cukinia,
ziemniak, marchewka, pietruszka, brokuł,
ziemniak, marchewka, pietruszka, kalarepka,

Zaczęłam też podawać kasze: kukurydzianą i jaglaną, obie są bezglutenowe i znakomicie smakują na słodko i na słono. Kukurydzianą sypię do garnka prosto z torebki, jaglaną wcześniej przyrządzam: wysypuję na suchą, rozgrzaną patelnię i prażę kilka minut, mieszając, aż ziarenka z przezroczystych staną się matowe i  zarumienią się delikatnie. Często rumienią się bardziej niż delikatnie, bo nie powinnam w ogóle odchodzić od patelni, ale różnie to bywa. Taką bardziej zrumienioną, byle nie spaloną, też da się jeść. Uprażoną kaszę wsypuję do słoika, a później bezpośrednio przed gotowaniem płuczę potrzebną ilość na sitku pod bieżącą wodą, aż woda będzie leciała zupełnie czysta.

Kaszka owocowa

  • woda – niepełna szklanka po nutelli (180-190 g)
  • kilka rodzynek (kupuję niesiarkowane w sklepie ekologicznym)
  • trzy śliwki suszone bez pestek (podobnie jak rodzynki – niesiarkowane ze sklepu eko)
  • kopiata łyżka kaszki kukurydzianej lub jaglanej (20 g)
  • łyżka jagód (mam mrożone) lub kilka malin lub połowa jabłka lub połowa gruszki
  • łyżeczka masła dobrej jakości

Gotuję 15 minut (Thermomix: 15 min/100 stopni/obr. 2), na kuchence trzeba często mieszać ,żeby się nie przypaliło, miksuję z owocami dodanymi pod koniec gotowania (Thermomix: 20 s/obr 7). Suszone śliwki gwarantują regularne, bezproblemowe kupki, podobnie surowe tarte jabłko dodane do kaszki.

Można podawać dziecku także brzoskwinie, ale nie miałam dostępu do domowych, więc nie podawałam.

Kaszka wytrawna

  • woda – niepełna szklanka po nutelli (180-190 g)
  • kopiata łyżka kaszy jaglanej (15-20 g)
  • połowa pomidora bez skórki
  • dwa-trzy plastry (grube na 1,5 cm) młodej cukini bez skórki
  • łyżeczka dobrego masła lub łyżeczka oleju lnianego

Gotuję 15 minut, miksuję. Masło dodaję do gotowania, a olej lniany do gotowej kaszki, prosto do miseczki – oczywiście jedno z dwojga, nie wszystko naraz.

Kaszki podaję Wojtkowi rano i wieczorem, zupki w południe.

W dziewiątym miesiącu życia do kaszek i zup zaczęłam dodawać migdały – sparzone wrzątkiem, obrane ze skórki mielę i trzymam w słoiczku, dosypuję do gotowania. Można też dodawać do posiłków dziecka mielony sezam i siemię lniane.

Do menu wprowadziłam zupę z kalafiorem:
Ziemniak, marchewka, pietruszka, kalafior.

Gotuję, miksuję, dodaję oliwy z oliwek extra virgine, oleju lnianego lub masła.

W dziesiątym miesiącu życia Wojtusia do zup zaczęłam dodawać a to łyżeczkę kaszy mannej, a to żółtko.

Przywieźliśmy od Babci Kazi domowe winogrona, więc dodałam kilka kulek do jednej kaszki – bez skórek, ale z pestkami, co zadziałało lekko przeczyszczająco.

Zrobiłam też pierwszą zupkę z mięsem – wybrałam cielęcinę: ugotowałam plasterek w wywarze z jarzyn z dodatkiem odrobiny soli, zmiksowałam go z warzywami. Podzieliłam mięsną zupkę na cztery porcje, dwie do lodówki, dwie zamroziłam.

Podaję też warzywa w kawałkach, ugotowane najlepiej na parze: brokuł, kalafior, fasolka szparagowa, marchewka pokrojona w słupki. Chleb z masłem kroję na maleńkie kawałeczki i pozwalam mu jeść samemu. To metoda BLW: jedzenie w kawałkach kładę przed Wojtkiem i pozwalam, żeby sam wybierał na co ma ochotę. Zaciskam zęby, bo oczywiście rozgniata je i robi bałagan, więcej jedzenia ląduje na nim i w foteliku, niż trafia do buzi, ale tak właśnie ma być. Inna rzecz, że nie zawsze ma ochotę na swoją zupkę czy kaszkę i wyciąga ręce w kierunku naszych talerzy.

A jeszcze dodam, że Wojtuś nie ma zębów i mimo to doskonale radzi sobie z jedzeniem. Pewnie kotleta by nie pogryzł, ale cała reszta wchodzi doskonale.

Niedawno dodałam do kaszki dojrzałego banana – smakowało mu bardzo, ale następnego dnia dostał wysypki. Zatem na razie rezygnujemy z owoców importowanych.

Sporadycznie pija sok z jabłek, podawany na łyżeczce. Jest ciągle na piersi, więc między posiłkami przystawiam go, żeby się napił, bo nie bardzo potrafi pić z butelki, przeważnie gryzie smoczek – ale dla mnie lepiej, że nie jest odwrotnie :-) Mimo to mam w pogotowiu butelkę z przegotowaną wodą niskozmineralizowaną.

Ile Wojtuś zjada?

Bardzo różnie. Czasem zje całą porcję kaszki czy zupy, pełną miseczkę, czasem tylko kilka łyżeczek. Kiedy zaczyna się jakiś nowy etap rozwojowy, apetyt słabnie – tak było, gdy zaczął pełzać, przez trzy-cztery dni jadł tylko odrobinę (a przerażony tatuś już chciał biec po mleko modyfikowane), później apetyt wrócił ze zdwojoną siłą. Przez te kilka dni więcej ssał pierś, nie stracił na wadze ani na animuszu. Ostatnio świeżo ugotowaną kaszkę od razu dzielę na pół, połowę wlewam do szklanki czy słoiczka, połowę do miseczki. Kiedy apetyt dopisuje, zjada wszystko, kiedy nie, odłożoną część podaję za jakiś czas, po południu lub na kolację.

Zupy gotuję raz na dwa dni, połowę podaję od razu, połowę odstawiam do lodówki.

zporemWojtuś bardzo lubi próbować nowe smaki. Na zdjęciu  z cybuchem (sierpień 2014)

Myślę, że powoli będę odchodzić od gotowania tylko dla Wojtka – kiedyś byliśmy w gościach, gospodyni przygotowała dla wszystkich zupę z cukinii duszonej z cebulą i z dodatkiem kaszy jaglanej. Wojtuś wciągnął z apetytem cały talerz. Smakuje mu też nasza pomidorówka (gotuję taką z pomidorów z puszki, na cebuli duszonej na maśle) i nasza zupa z dyni. Kilka dni temu jedliśmy razem pierogi ze szpinakiem i pierogi z soczewicą: podawałam Wojtkowi na łyżeczce a to samo nadzienie, to to kawalątek pieroga z nadzieniem na jeden kęs. Był bardzo zadowolony.

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Kasza jaglana i patyki, czyli matki i ekologia

19 paź

Zapraszam do lektury mojego tekstu w Onecie. Nosi on prowokacyjny tytuł: „Ekomatki – rozsądne czy odjechane?”

Mam nadzieję, że Was zaciekawi. I serdecznie dziękuję wszystkim moim rozmówczyniom, które zechciały się podzielić ze mną swoimi opowieściami :-)

Moje teksty w Onecie będą pojawiać się w miarę regularnie. Będę tam w dobrym towarzystwie:

autorzy500

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii rodzina

 

Zaproszenie na spotkanie dla rodziców

16 paź

Kochani,

w najbliższą sobotę 18 października w Klubie Kultury Kliny odbędzie się spotkanie dla rodziców i dzieci. Na dorosłych czekać będzie kawa, domowe ciasto i inne przysmaki, zapraszamy również na spotkanie z Barbarą Dziobek, mamą, pedagogiem, trenerką i coachem, autorką artykułów, warsztatów, kursów internetowych dla rodziców, specjalistką w radzeniu sobie ze złością. Dzieci zapraszamy na różne smakołyki i lepienie z masy solnej. Zaczynamy o godz. 10.00.

Wstęp wolny.

Serdecznie zapraszamy!

Klub Kultury Kliny
Adres: ul. Biskupa Albina Małysiaka 1, 30-389 Kraków
Dojazd: autobusami nr 178 i 451 (przystanek Pod Fortem)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii życie codzienne

 
 

  • RSS