RSS
 

…na obcasach maszeruje czwarta klasa!

22 paź

Z pozdrowieniami dla Nataszy

Piotruś jest w czwartej klasie. Ktoś może mi powiedzieć, skąd on się tam wziął?

Bałam się czwartej klasy. Słyszałam, że dzieciom ciężko jest przestawić się na nowy rytm pracy, mnogość nauczycieli, większą samodzielność w poruszaniu się po szkole, do tego Piotruś jest rok młodszy… Co to będzie, co to będzie? Rozmyślałam, a siwizna coraz bezczelniej występowała mi na skronie.

Początek był trudny dla mnie, kompletowanie podręczników lekko mnie przerosło (trudności nastręczył szczególnie podręcznik do techniki: tytuł się zgadzał, wydawnictwo się zgadzało, ale nazwisko autora się nie zgadzało, ha!) ale już 10 września wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Początek był trudny dla Piotrusia – od razu mnóstwo zadań, w czym celowała pani do matematyki. Po przyjściu ze szkoły Michał rzucał tornister w kąt i szedł na podwórko, a Piotruś długie godziny wzdychał boleśnie nad ćwiczeniami, rozwiązując kolejne zadania. Im dłużej siedział, tym bardziej cierpiał, im bardziej cierpiał, tym bardziej się dekoncentrował, im mniej skoncentrowany był, tym dalej odlatywał myślami i tym większy szlag mnie trafiał. Za każdym razem myślałam o moim Tacie, który przy odrabianiu ze mną matematyki dostawał wytrzeszczu i był na skraju rażenia apopleksją, a i dla mnie był to największa kara, jaką mogłam sobie wyobrazić. Jak ja Go dziś rozumiem!…

Teraz, pod koniec października, sytuacja się unormowała. Odrabianie zadań nabrało tempa. Piotruś chodzi na zajęcia wyrównawcze z matematyki, które bardzo lubi, bo jest ich zaledwie kilkoro i pani wszystko bardzo dokładnie tłumaczy, a poza tym powiedziała Piotrusiowi, że jeśli nie będzie mógł poradzić sobie z jakimś zadaniem, to ma je zostawić i ona mu wytłumaczy na dodatkowych zajęciach. Żyć nie umierać!

Obawiałam się, że problemem może być uczenie się – że trzeba będzie przeczytać, zapamiętać a potem odpowiedzieć czy napisać z tego klasówkę. Moje obawy nie były bezpodstawne. Po jednej z pierwszych lekcji historii Piotruś zakrzyknął:

- Mamo, mamo! Ty wiesz? Mieszko I przyjął chrzest jako dorosły i tak się z tego ucieszył, tak okropnie się ucieszył, że kazał zbudować tysiąc szkół!… No, przynajmniej tak zrozumiałem…

Tymczasem przynosi ze szkoły same piękne oceny, również z kartkówek, bardzo lubi wychowawczynię i pozostałych nauczycieli. Największym problemem zdają się być koledzy, regularnie obsępiający go ze smakołyków, które przynosi w śniadaniówce. Mam bowiem taką metodę, że nie daję moim dzieciom do szkoły pieniędzy na zakupy w sklepiku, tylko tak komponuję zawartość śniadaniówki, żeby znalazła się tam i kanapka i owoce i coś słodkiego. Przykazałam Piotrusiowi ćwiczyć asertywność, ale idzie ciężko.

- Kiedy powiedziałem koledze, że nie dam mu krówki, bo sam mam na nią ochotę, to powiedział, że jestem idiotą.

Trudno, musi się chłopak nauczyć mówienia „nie” bez względu na cenę. Tej umiejętności w genach mu nie dałam.

Obecnie największym problemem dla mnie jest flet. Uczą się grać, pan od muzyki zadaje im ćwiczenia do przygotowania w domu i na lekcji odpytuje. I Piotruś ćwiczy, a że słuch muzyczny ma po mamusi, to ciężko mu idzie. Ale się nie poddaje i ćwiczy, a mnie oko lata. Nic to, przetrwaliśmy pierwszą klasę, przetrwamy i flet!

I nie wiem, czy mój luz wynika z tego, że wyprzytkałam się nerwowo w pierwszej klasie, czy może  z rozłożenia akcentów na trzech synków, z których każdy coś zaczyna i każdy wymaga uwagi? Tak czy inaczej, w tej czwartej klasie nie jest źle i oby ta tendencja utrzymała się.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii rodzina

 

Kuchnia malucha czyli moje przepisy na pierwsze zupki i kaszki

21 paź

Z dedykacją dla Magdy i Kubusia :-)

Wiele mam broni się przed gotowaniem dla niemowlęcia i wybiera słoiczki w obawie, że nie przygotują tak wartościowego posiłku jak specjaliści.

Nie wiem, dlaczego miałabym się czuć niekompetentna w tym zakresie, co prawda nie mam wykształcenia kierunkowego, ale gotuję dla rodziny od lat, od czasu do czasu karmię też znajomych, wszyscy żyją i nawet chwalą, że dobre, ekologiczne jarzyny dostaję od Mamy i od Cioci Dziuni, mam na to czas, więc nic tylko gotować.

Dietę Wojtka, dziecka karmionego piersią, zaczęłam rozszerzać kiedy skończył 6 miesięcy, co wypadło w połowie lipca. Byliśmy wtedy u moich Rodziców, z dostępem do warzyw prosto z nawożonej naturalnie działki. Schemat rozszerzania diety wydrukowałam ze stron serwisu dziecisawazne.pl, przypięłam na tablicy korkowej w kuchni, korzystam.

sloikiMój podstawowy zestaw kaszkowy

W siódmym miesiącu życia Wojtusia gotowałam takie zupki:

Pierwsza zupka
Ugotowałam marchewkę, przetarłam przez sitko, dodałam mojego mleka, żeby była półpłynnej konsystencji, podałam Wojtusiowi. Wojtuś polizał, skrzywił się, polizał drugi raz, pomamlał tę odrobinę, którą podałam mu na końcu łyżeczki. Następnego dnia ugotowałam drugą marchewkę, Wojtuś pomamlał z jakby większym zainteresowaniem. Trzeciego dnia wprowadziłam ziemniaka.

Druga zupka
Marchewka i ziemniak to bardzo dobre połączenie na początek kulinarnej przygody. Zmiksowane, przetarte, z dodatkiem mojego mleka Wojtuś próbował z rosnącym zainteresowaniem przez kolejne dwa-trzy dni.

Zupy gotuję do miękkości warzyw i miksuję z niedużą ilością wody, w której się gotowały.

Trzecia zupka
Ponieważ Wojtuś dobrze przyswoił marchewkę i ziemniaka, do kolejnej zupki dodałam dynię. Akurat na babcinej grządce urosła pierwsza.

A potem już poszło:
ziemniak, marchewka, burak,
ziemniak, marchewka, pietruszka,
ziemniak, marchewka, pietruszka, dynia.

I równolegle coś z owoców: jabłko gotowane na parze, sam miąższ, bez skórki. Podawałam jak zalecają: stopniowo, zaczynając od jednej łyżeczki, codziennie zwiększając ilość.

W ósmym miesiącu zaczęłam podawać kolejne zupki i kaszki, a także surowe owoce (tarte jabłka, gruszki, świeże maliny).

Do poprzedniego zestawu zup dołączyły nowe:
ziemniak, marchewka, cukinia,
ziemniak, marchewka, pietruszka, cukinia,
ziemniak, marchewka, pietruszka, brokuł,
ziemniak, marchewka, pietruszka, kalarepka,

Zaczęłam też podawać kasze: kukurydzianą i jaglaną, obie są bezglutenowe i znakomicie smakują na słodko i na słono.

Kaszka owocowa

  • woda – niepełna szklanka po nutelli (180-190 g)
  • kilka rodzynek (kupuję niesiarkowane w sklepie ekologicznym)
  • trzy śliwki suszone bez pestek (podobnie jak rodzynki – niesiarkowane ze sklepu eko)
  • kopiata łyżka kaszki kukurydzianej lub jaglanej (20 g)
  • łyżka jagód (mam mrożone) lub kilka malin lub połowa jabłka lub połowa gruszki
  • łyżeczka masła dobrej jakości

Gotuję 15 minut (Thermomix: 15 min/100 stopni/obr. 2), na kuchence trzeba często mieszać,żeby się nie przypaliło, miksuję z owocami dodanymi pod koniec gotowania (Thermomix: 20 s/obr 7). Suszone śliwki gwarantują regularne, bezproblemowe kupki, podobnie surowe tarte jabłko dodane do kaszki.

Można podawać dziecku także brzoskwinie, ale nie miałam dostępu do domowych, więc nie podawałam.

Kaszka wytrawna

  • woda – niepełna szklanka po nutelli (180-190 g)
  • kopiata łyżka kaszy jaglanej (15-20 g)
  • połowa pomidora bez skórki
  • dwa-trzy plastry (grube na 1,5 cm) młodej cukini bez skórki
  • łyżeczka dobrego masła lub łyżeczka oleju lnianego

Gotuję 15 minut, miksuję. Masło dodaję do gotowania, a olej lniany do gotowej kaszki, prosto do miseczki – oczywiście jedno z dwojga, nie wszystko naraz.

Kaszki podaję Wojtkowi rano i wieczorem, zupki w południe.

W dziewiątym miesiącu życia do kaszek i zup zaczęłam dodawać migdały – sparzone wrzątkiem, obrane ze skórki mielę i trzymam w słoiczku, dosypuję do gotowania. Można też dodawać do posiłków dziecka mielony sezam i siemię lniane.

Do menu wprowadziłam zupę z kalafiorem:
Ziemniak, marchewka, pietruszka, kalafior.

Gotuję, miksuję, dodaję oliwy z oliwek extra virgine, oleju lnianego lub masła.

W dziesiątym miesiącu życia Wojtusia do zup zaczęłam dodawać a to łyżeczkę kaszy mannej, a to żółtko.

Przywieźliśmy od Babci Kazi domowe winogrona, więc dodałam kilka kulek do jednej kaszki – bez skórek, ale z pestkami, co zadziałało lekko przeczyszczająco.

Zrobiłam też pierwszą zupkę z mięsem – wybrałam cielęcinę: ugotowałam plasterek w wywarze z jarzyn z dodatkiem odrobiny soli, zmiksowałam go z warzywami. Podzieliłam mięsną zupkę na cztery porcje, dwie do lodówki, dwie zamroziłam.

Podaję też warzywa w kawałkach, ugotowane najlepiej na parze: brokuł, kalafior, fasolka szparagowa, marchewka pokrojona w słupki. Chleb z masłem kroję na maleńkie kawałeczki i pozwalam mu jeść samemu. To metoda BLW: jedzenie w kawałkach kładę przed Wojtkiem i pozwalam, żeby sam wybierał na co ma ochotę. Zaciskam zęby, bo oczywiście rozgniata je i robi bałagan, więcej jedzenia ląduje na nim i w foteliku, niż trafia do buzi, ale tak właśnie ma być. Inna rzecz, że nie zawsze ma ochotę na swoją zupkę czy kaszkę i wyciąga ręce w kierunku naszych talerzy.

A jeszcze dodam, że Wojtuś nie ma zębów i mimo to doskonale radzi sobie z jedzeniem. Pewnie kotleta by nie pogryzł, ale cała reszta wchodzi doskonale.

Niedawno dodałam do kaszki dojrzałego banana – smakowało mu bardzo, ale następnego dnia dostał wysypki. Zatem na razie rezygnujemy z owoców importowanych.

Sporadycznie pija sok z jabłek, podawany na łyżeczce. Jest ciągle na piersi, więc między posiłkami przystawiam go, żeby się napił, bo nie bardzo potrafi pić z butelki, przeważnie gryzie smoczek – ale dla mnie lepiej, że nie jest odwrotnie :-) Mimo to mam w pogotowiu butelkę z przegotowaną wodą niskozmineralizowaną.

Ile Wojtuś zjada?

Bardzo różnie. Czasem zje całą porcję kaszki czy zupy, pełną miseczkę, czasem tylko kilka łyżeczek. Kiedy zaczyna się jakiś nowy etap rozwojowy, apetyt słabnie – tak było, gdy zaczął pełzać, przez trzy-cztery dni jadł tylko odrobinę (a przerażony tatuś już chciał biec po mleko modyfikowane), później apetyt wrócił ze zdwojoną siłą. Przez te kilka dni więcej ssał pierś, nie stracił na wadze ani na animuszu. Ostatnio świeżo ugotowaną kaszkę od razu dzielę na pół, połowę wlewam do szklanki czy słoiczka, połowę do miseczki. Kiedy apetyt dopisuje, zjada wszystko, kiedy nie, odłożoną część podaję za jakiś czas, po południu lub na kolację.

Zupy gotuję raz na dwa dni, połowę podaję od razu, połowę odstawiam do lodówki.

zporemWojtuś bardzo lubi próbować nowe smaki. Na zdjęciu  z cybuchem (sierpień 2014)

Myślę, że powoli będę odchodzić od gotowania tylko dla Wojtka – kiedyś byliśmy w gościach, gospodyni przygotowała dla wszystkich zupę z cukinii duszonej z cebulą i z dodatkiem kaszy jaglanej. Wojtuś wciągnął z apetytem cały talerz. Smakuje mu też nasza pomidorówka (gotuję taką z pomidorów z puszki, na cebuli duszonej na maśle) i nasza zupa z dyni. Kilka dni temu jedliśmy razem pierogi ze szpinakiem i pierogi z soczewicą: podawałam Wojtkowi na łyżeczce a to samo nadzienie, to to kawalątek pieroga z nadzieniem na jeden kęs. Był bardzo zadowolony.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Kasza jaglana i patyki, czyli matki i ekologia

19 paź

Zapraszam do lektury mojego tekstu w Onecie. Nosi on prowokacyjny tytuł: „Ekomatki – rozsądne czy odjechane?”

Mam nadzieję, że Was zaciekawi. I serdecznie dziękuję wszystkim moim rozmówczyniom, które zechciały się podzielić ze mną swoimi opowieściami :-)

Moje teksty w Onecie będą pojawiać się w miarę regularnie. Będę tam w dobrym towarzystwie:

autorzy500

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii rodzina

 

Zaproszenie na spotkanie dla rodziców

16 paź

Kochani,

w najbliższą sobotę 18 października w Klubie Kultury Kliny odbędzie się spotkanie dla rodziców i dzieci. Na dorosłych czekać będzie kawa, domowe ciasto i inne przysmaki, zapraszamy również na spotkanie z Barbarą Dziobek, mamą, pedagogiem, trenerką i coachem, autorką artykułów, warsztatów, kursów internetowych dla rodziców, specjalistką w radzeniu sobie ze złością. Dzieci zapraszamy na różne smakołyki i lepienie z masy solnej. Zaczynamy o godz. 10.00.

Wstęp wolny.

Serdecznie zapraszamy!

Klub Kultury Kliny
Adres: ul. Biskupa Albina Małysiaka 1, 30-389 Kraków
Dojazd: autobusami nr 178 i 451 (przystanek Pod Fortem)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Badania terenowe matki niemowlaka

13 paź

Tego lata prowadziłam w terenie badania mające na celu weryfikację dwóch popularnych w matczynych kręgach tez: „Publiczne karmienie piersią w Polsce wywołuje niechęć” oraz „Obcy ludzie nałogowo pouczają i krytykują matki”.

Karmiłam piersią w parkach na ławkach, w kościele na schodkach konfesjonału po Mszy i w bocznej kaplicy w trakcie Mszy, w restauracjach przy stoliku, w muzeum.
Na parkingach.
W skansenie (gdybym miała strój z epoki, postawiłabym obok siebie kapelusz i jeszcze bym na tym zarobiła, jak kataryniarz na Galicyjskim Rynku).
W przychodniach.
W autobusie na pętli (tego akurat nie wspominam miło, czułam się bardzo źle, ale byłam też zdesperowana. Wyobraźcie sobie: w samo południe, upał, rozgrzany asfalt, wszystkie ławki w cieniu zajęte, a Wojtuś w wózku wyraźnie spragniony. Szukanie zacisznego kącika odpadało, mogłam najwyżej usiąść na krawężniku pod drzewem. Mój autobus akurat zajechał na przystanek, miał odjazd za kilka minut. To był mały autobus, z tyłu ma miejsce idealne na wózek i dwa składane krzesełka, a całość tego tyłu jest dużo niżej niż część z siedzeniami, więc okna są wysoko. Usiadłam na krzesełku, tyłem do drzwi, od wejścia zastawiłam się wózkiem i jemy. Ale siedzę skulona, czując się bezdomnie i cały czas najeżam się, że zaraz na moje plecy poleci jakiś komentarz. Nie poleciało nic, prawdopodobnie nikt nawet nie zauważył co się dzieje. I pomyślałam, że mimo tak niekomfortowych warunków powinno się karmić publicznie, żeby ludzie wreszcie się przyzwyczaili i w pokoleniu moich dzieci i wnuków już nikt nie robił z tego afery).

Komentarz usłyszałam tylko raz, w przychodni okulistycznej, kiedy Wojtuś rozglądał się ciekawie, co chwila odrywając od jedzenia.

- Ja bym się nie odrywał – zachichotał głupkowato starszy facet. Nawet głowy nie podniosłam, bo po co. Wydawało mu się, bidulkowi, że dowcipny jest.

W tej samej przychodni starsze panie prawie wyrywały mi syneczka z rąk, nie mogąc się nachwalić, że taki spokojny i nie płacze i nie boi się, gdy do niego zagadują. Owszem, przemknęło mi przez myśl lekko panikarskie pytanie, czego wcześniej dotykały rękami, którymi teraz obłapiają moje maleństwo, i czy na pewno je umyły (przychodnia przyszpitalna!! zarazki!! jodalkohol!! Ciocia Dziunia!!), ale popukałam się mentalnie w czoło. Bez jaj.

W tarnowskim Parku Strzeleckim pani od precelków chciała Wojtusia zjeść, wygłaskała go po bosej stópce i rozgadała się, jak to ona jest sama, a z takim dzieciątkiem byłoby jej weselej, Wojtuś pouśmiechał się do niej rozkosznie, pani prawie się popłakała.

Przez całe lato nigdzie nikt nie pouczał mnie, ani mi nie dokuczał.

We wrześniu spotkałam sąsiadkę, starszą panią, z którą bardzo się lubimy.

- Wojtusiu śliczny! – rozpłynęła się Sąsiadka – A co ty masz uszy na wierzchu, jak ci ta matka czapkę ubrała! A gdzie ty masz skarpetki, śliczny ty-ty!

Czasem człowiek na próżno szuka w szerokim świecie tego, co ma blisko ;-)

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii rodzina

 

Piesek na drodze

11 paź

Szłam osiedlową uliczką w kierunku placu zabaw, minął mnie samochód. WTEM! Zza zaparkowanych przy krawężniku aut wybiegł na jezdnię piesek z gatunku pieseczek kyzi-myzi, taki maluśki z kucykiem i kokardką na czubku głowy.

Kierowca ostro zahamował, piesek zamarł na środku drogi. Patrzę, kto po niego wyskoczy, pewnie niunia z różową torebusią pod kolor psiej kokardki. A tu spomiędzy samochodów wybiega na jezdnię rasowy kark, idealnie łysy, w dresach i klapkach. Bierze pieseczka w objęcia, czule tuli jego pyszczek do swojej twarzy i szepce mu prosto do uszka reprymendę oraz poucza o zasadach poruszania się po drogach.

Zadumałam się nad moim wstrętnym stereotypowym myśleniem. I przyszło mi też do głowy, że skoro psy i właściciele po pewnym czasie upodabniają się do siebie, jak wieść gminna niesie, to jak to będzie wyglądało w przypadku tego duetu: pan schudnie i zapuści grzywę, czy piesek nabierze masy mięśniowej i wyłysieje?

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Scenki poranne

09 paź

Dwie scenki z udziałem trzech syneczków.

Scenka pierwsza

Piotruś i Michaś zygają do siebie przy drzwiach wyjściowych. Nagle bum! I ryk.

- Brzuch mnie booooli, bo on mnie uderzył tornistrem!…
- Tłuczecie się bez sensu, kotłujecie, stalibyście spokojnie, to by cię nie uderzył – rzuca ojciec zakładając marynarkę. – Przecież nie uderzył cię specjalnie!
- A właśnie że specjalnie! Bo ja go chciałem kopnąć i próbowałem i próbowałem i mi się nie udawało, aż on wziął tornister i mnie uderzył!…

Scenka druga

W ciszy słonecznego poranka leżymy z Wojtusiem w łóżku. Słońce świeci mi prosto w oczy, powinnam opuścić roletę, ale mi się nie chce wstawać. Mrużę oczy i przyglądam się Wojtusiowi w słonecznej poświacie: brzoskwiniowemu puszkowi na jego twarzy, delikatnym, nieśmiałym włosom na głowie, długaśnym rzęsom. Synuś z uśmiechem typu „gdyby nie uszy, śmiałbym się dookoła głowy” delikatnie dotyka moich policzków.

Chwilo trwaj! Zaklinam w myśli, bo dobrze wiem, co nastąpi za pięć sekund.

I następuje. Bolesne uszczypnięcie w policzek, wyrwanie mi garści włosów, próba urwania nosa i wydłubania oka.

Macierzyńskie rozkosze :-)

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii rodzina

 
 

  • RSS