RSS
 

Czas zmian i cudów

25 maj

Dziś rano wyraźnie odczułam zmianę na lepsze: Michaś wstał bez awantury, bez napominania pościelił swoje łóżko, a kiedy wyszłam z łazienki, stał gotowy do wyjścia i czekał tylko, żeby powiedzieć mi „pa”. Normalnie cud!

Wczoraj założyliśmy się z Mężem, kto wygra. Obstawiałam Komorowskiego, w razie wygranej miałam zostać zaproszona na kolację, w razie przegranej kupić brandy. Cóż. Podobno na kolację i tak pójdziemy, kiedyś.

Mąż czekał na wyniki wyborów w krańcowym napięciu.

- Jeszcze pięć minut… Jeszcze trzy… Jeszcze dwie… – wykrzykiwał z kanapy.
- Co się tak ekscytujesz, jakbyś czekał na wynik testu ciążowego, co? – odkrzyknęłam znad wieszanego prania.

Z zasady nie robię prania w niedzielę, gospodyni domowej należy się świętowanie w pełnym zakresie, ale oto odnalazła się bluza Piotrusia, zaginiona bez wieści we czwartek. Przez trzy dni próbowaliśmy z synem zrekonstruować jej losy, nadaremno. Wróciła z dzieckiem ze szkoły, a potem wszelki słuch o niej zaginął. Byłam więcej niż poirytowana, bo to już druga bluza zaginiona w tym roku szkolnym, stąd moje natarczywe, powtarzane w kółko apele „Przypomnij sobie, co z nią zrobiłeś, przypomnij!”. W niedzielę tuż przed zapadnięciem zmroku Piotrusia olśniło: w środę (a może w czwartek) położył ją na murku obok piaskownicy! Pobiegł w te pędy i była tam, gdzie ją zostawił, tiumfalnie przyniósł zgubę do domu i rzucił na podłogę, utytłaną w piachu i przemoczoną od deszczu. Mam nadzieję, że tylko od deszczu.

Tylko teraz nie wiem, czy odnalezienie bluzy da się podciagnąć pod powyborcze cuda? Chyba nie, bo to było przed ogłoszeniem wyników…

Obserwuję dziś na FB reakcje znajomych na wynik wyborów. Stąd mój apel: zanim dacie się wkręcić w totalną histerię, pomyślcie proszę, że na świecie dzieją się gorsze rzeczy:

  • Ponad 1000 dzieci w Doniecku ukrywa się w piwnicach i podziemnych bunkrach.
  • Od marca ubiegłego roku w rejonie Doniecka i Ługańska miny przeciwpiechotne i niewybuchy zabiły 42 dzieci i raniły co najmniej 109.
  • Miesiąc po pierwszym trzęsieniu ziemi, które dotknęło Nepal, pomocy nadal potrzebuje około 1,7 miliona dzieci. 70 000 dzieci poniżej 5. roku życia wymaga natychmiastowej pomocy żywnościowej (czyli: GŁODUJE).
    (informacje ze strony UNICEF).

 

A tu bardzo ciekawy tekst w tematyce okołowyborczej. Wiedzieliście? Nie miałam pojęcia.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Wybory 2015. Co to za wybór?

22 maj

Co wybory, to pojawiają się nowe twarze, nowi kandydaci. Więc dlaczego od lat mam wrażenie, że w ofercie jest tylko dżuma albo cholera?

Wyjątkiem są wybory samorządowe, bo głosuję na ludzi, których znam i na efekty ich pracy, które widzę na własne oczy. Wybory ogólnokrajowe z roku na rok napełniają mnie coraz większym niesmakiem. „Nie ma na kogo głosować”, brzmi ze wszystkich stron. „Nie ma na kogo głosować” powtarzają moi znajomi, zarówno ci prawicowi, jak i ci lewicowi w poglądach. Nie ma, nie ma, odpowiada smutno echo.

Bronisław Komorowski? Za to, że podpisał ustawę o sześciolatkach? Sorry, ale nie podaruję sześciolatków. Oglądałam niedzielną debatę w TVP: urzędujący prezydent mówił o wielkich nakładach na służbę zdrowia. Gdzie one są? Mój Tata zachorował na zaćmę, widział już tak źle, że ludzi nie poznawał z dalszej odległości niż metr, i dostał termin operacji za trzy lata. Moje dziecko w grudniu dostało się do poradni gastroenterologicznej na wrzesień następnego roku. To są kpiny, nie służba zdrowia.

Andrzej Duda? A co to za alternatywa? PiS już rządził i nie przypominam sobie, żeby to były jakieś złote czasy.

W polityce chodzi o stołki, o „moje na wierzchu”, o dokopanie tym, co przeciw nam. Nie dziwię się, że tak wielu ludzi dystansuje się do tego i nie chodzi na wybory, choć z drugiej strony krew mnie zalewa, gdy czytam słowa koleżanki, którą bardzo szanuję, a która pisze tonem niefrasobliwym: „Ja od jutra croissanty, cafe au lait oraz soupe l’oignon, a wy tu ładnie głosujcie. Albo i nie głosujcie, byle ładnie. Pamiętajcie, że demokracja też przewiduje taką opcję. Czasami lepiej pójść na długi spacer (…)”.

Otóż miejmy świadomość, że ludzi oddawali życie za to, żebyśmy mieli tę demokrację, i żebyśmy mogli wyskoczyć na weekend do Paryża, i żebyśmy mogli chodzić na długie spacery w wolnym kraju, i żebyśmy mogli sami wybierać ludzi u władzy (bo kiedyś, drogie dziatki, przysyłano ich z Moskwy). I dlatego pójdę na wybory, jak za każdym razem, bo uważam, że lepiej wrzucić do urny nieważny głos, niż manifestować, że losy Ojczyzny kompletnie mnie nie obchodzą. Chodzę na wybory, żeby zaszczepić ten nawyk dzieciom. Bo to dla mnie sprawa elementarna, obok uczciwej pracy, płacenia podatków, dbania o polszczyznę i uczenia dzieci kim był rotmistrz Pilecki. Tak rozumiem patriotyzm XXI wieku.

Frekwencja wyborcza w Polsce jest katastrofalna. Konia z rzędem temu, kto przekona Polaków, że powinno się chodzić do urn, że demokracja to perła, której nie godzi się traktować jak czynią to wieprze.

 
Komentarze (32)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

O tym, jak zostałam Pracownikiem Roku i co dostrzegło Oko Sąsiadki, czyli przegląd ubiegłego tygodnia

19 maj

Nie uwierzycie, ale już trzeciego dnia pracy zostałam Pracownikiem Roku. Na moją cześć: Hip hip hurra! oraz fala, konfetti, a z głośników „We are the champions”. Na full.

Miałam iść do pracy 4 maja, ale cały tydzień rodzinnie babraliśmy się z wirusem. Jak już wyleczyliśmy się, wypraliśmy i wysprzątaliśmy wszystko, mogłam wreszcie pójść do pracy.

Poniedziałek był piękny. Oddawszy Wojtusia w ramiona Niani, pospieszyłam na zakupy spożywcze. Biuro znajduje się w okolicy odludnej, co wywołuje we mnie przekonanie, że na bank umrę tam z głodu, zatem nakupiłam jedzenia jak na wojnę. Praca w domu, z lodówką za plecami, daje jednak miły komfort. Z kartonem jedzenia wszelakiej maści zjawiłam się w biurze, zrobiłam sobie kawę, herbatę, obstawiłam przekąskami, wrzuciłam zaległe faktury do systemu i zerwałam się od biurka, żeby jechać po dzieci.

Wtorek był cudowny. Zajęłam się sprawami czwartej edycji „Macierzyństwa bez lukru”, a o 13.15 Szef* oznajmił, że koniec pracy na dzisiaj i zamknął biuro.
Od środka.
….

Kolejnym dniem mojej pracy jest piątek. Wyczekiwałam go jak kania dżdżu, snując fantazje o licznych wspaniałych tekstach, które napiszę, bo już mi się w głowie poukładały. Już w czwartek wieczorem spakowałam do torby laptopa z ładowarką i mentalnie stałam w blokach startowych, zatem kiedy wreszcie wylądowałam w biurze, radość moja była wielka. Z czułością omiotłam wzrokiem gigantyczne biurko, po którym mogłabym się tarzać, a pod nim wielką przestrzeń na wymachiwanie nogami (w domu pod moim maleńkim stoliczkiem o długości półtora monitora i szerokości dwóch i pół klawiatury stoją pudła, które odcinają Wojtkowi dostęp do kabli, pomachać mogę najwyżej palcem w kapciu). Po chwili omiotłam je ponownie, z lekkim niepokojem na dnie uradowanej duszy. Czegoś tu brakuje…

Laptop.
Laptop został w domu.

Normalnie Pracownik Roku!!!

Tymczasem Oko Sąsiadki zauważyło, że mam brzuch. I mnie rzucił się w oczy, kiedy patrzyłam na siebie w lustrze przed wyjściem z domu, nawet rozważałam upchnięcie go w obciskające galoty, w które zainwestowałam przed dwudziestoleciem matury, ale machnęłam ręką. Moje niechciejstwo wywołało lawinę plotek, trzy sąsiadki emocjonowały się przez jeden wieczór, czy to aby nie czwarta ciąża. Przykro mi było je rozczarować, ale winna była grochówka w połączeniu z moimi nieistniejącymi mięśniami brzucha.

Wmawianie mi ciąży to ostatnio taka zabawa rodzinno-towarzyska, kiedy tydzień wcześniej toczona wirusem, zielona na twarzy, kurczowo trzymając się wózka wracałam z Michasiem ze szkoły, bystry synuś przypomniał sobie:

- Jak byłaś w ciąży z Wojtusiem, to też się tak źle czułaś, może masz tam dziecko? – i pogłaskał mnie czule po brzuchu.

Gdybyście więc gdzieś słyszeli coś na ten temat, to uprzejmie dementuję.
———–
* Zaniepokojonych moim prowadzeniem się pragnę uspokoić: Szefem jest Mąż. Mój mąż :-)

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

O integracji rodzinnej

07 maj

Rodzina to w istocie interesujący twór, obejmujący kilka odrębnych osób o nierzadko niezgodnych, a nawet sprzecznych celach. Są jednak takie chwile w życiu, gdy rodzina, nawet pięcioosobowa, jest niczym jedno ciało, jeden idealnie zsynchronizowany organizm.

Są chwile, gdy rodzina ma jeden wspólny cel, jedno i to samo dążenie.

Gdy plany i marzenia wszystkich jej członków dotyczą tego samego.

Z jednakowym zaangażowaniem wszyscy pochylają się nad tym samym.

Spędzają wspólnie czas, oddając się tym samym zajęciom.

…Bowiem zbiorowo padli ofiarą rotawirusa.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii rodzina

 

Same nowości, debiuty i pierwsze razy

04 maj

Przy Wojtusiu mam pewność, że każdego dnia przydarzy się nam coś nowego – całkiem nowa umiejętność, całkiem nowa przyjemność. Bo ze starszakami od jakiegoś czasu mamy constans: foch, kłótnia lub awantura na zmianę z fajnym spacerem, interesującą rozmową i ciekawymi pomysłami.

Wraz z rosnącym uwielbieniem dla przemieszczania się pieszo, maleje sympatia do bycia wożonym w wózku. Na szczęście można to wykorzystać i oto nasze spacery zyskały nową jakość:

pchaniewozka

Wojtuś zadebiutował w osiedlowej piaskownicy:

piaskownica

A i ja się załapałam po raz pierwszy na zdjęcie z dzieckiem w piasku:

wpiaskownicy

Najnowszą fascynacją Wojtusia są bramy i bramki:

bramka

Wojtuś nie tylko szczeka na widok pieska na spacerze czy w książeczce, ale pokazuje go paluszkiem. Zarysowują się również pierwsze ramy dialogu:

- Wojtusiu, chodź spać.
- Nie.
- Ależ chodź, idziemy.
- Nie.

Wszystkie pierwsze razy bije na głowę dzisiejszy: oto po miesiącu stopniowego przyzwyczajania Wojtusia do niani, miałam iść do pracy poza domem (relaksacyjne 3 razy w tygodniu po 6 godzin). Po opracowaniu i przygotowaniu menu dla dziecka, zajęłam się przyjemnymi rozmyślaniami: w co się ubrać, czy założyć buty na obcasie, czy malować się, itp. ważkie zagadnienia w obliczu zmian życiowych.

…I właśnie ten dzień wybrał Los, by zesłać na Wojtusia pierwszego w życiu rotawirusa.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wyszedł z pokoju na czworakach, wrócił na dwóch nogach

22 kwi

Gdyby nie Wojtuś, największym hitem ubiegłego tygodnia byłoby spektakularne spalenie rondelka z krupnikiem, co do którego byłam granitowo przekonana, że przed wyjściem z domu wyłączyłam gaz pod nim. A tu rach-ciach Wojtuś skończył 15 miesięcy. I kto by pamiętał jakiś rondelek?

8 kwietnia po południu Najmłodszy popatrzył na mnie, omiótł wzrokiem pokój i zapytał:
- Dzie tata?

9 kwietnia o poranku zrobił pierwsze trzy kroczki bez trzymanki, przemieszczając się w linii prostej od mamy do taty. Plecy wyprostowane, rączki uniesione i zgięte w łokciach, piąstki lekko zaciśnięte, a na obliczu miał takiego banana, że gdyby nie uszy, to śmiałby się naokoło. Rodziciele wpadli w naturalną w tej sytuacji ekstazę, wybuchem radości zagłuszając nawet sąsiedzkie wiertary, obdzwonili krewnych i znajomych i nawet otworzyliby szampana, gdyby ojciec nie musiał iść do roboty, zarabiać na buty w rozmiarze 20 (oraz 33 i 36).

Od tamtej pory przemieszcza się coraz sprawniej i na coraz dłuższe dystanse. Chodzi z pokoju do pokoju, kroczy z przejęciem, śmiesznie unosząc kolanka, dumny homo erectus. Gdy zmęczy się pozycją wertykalną, pada na czworaki i popyla bliżej podłogi. Póki co tak jest szybciej.

Świat jego doznań, wrażeń i doświadczeń poszerza się każdego dnia. Zaznał chodzenia po trawie, w butach niestety, bo nie dysponujemy prywatnym trawnikiem, przechadzał po bruku. Doświadczył przyjemności z bujania się na parkowej huśtawce. Ja z kolei doświadczyłam buntu, gdy zapragnęłam wpakować do wózka dziecko, które już liznęło samobieżności. Bunt ów jest odwrotnie proporcjonalny do gabarytów młodzieńca, zdumiewa mnie jego siła i rozmiar. Póki co wygrywam, ale to się zmieni, bowiem wszystko się zmienia na tym zmiennym świecie…

wojtus_stoi

Ot, refleksyjna i nostalgiczna się zrobiłam przy trzecim dziecku. Namiętnie oglądamy ostatnio filmy nagrywane kilka lat temu, gdy mocno eksploatowałam kamerę przy małym Michasiu i niewiele większym Piotrusiu. Jakie to były słodkie maleństwa! Jakie urocze! Ile ja już zapomniałam z tamtych czasów! Gdy patrzyłam na dwuletniego Piotrusia, siedzącego nad książką i po cichutku „czytającego” ją zdanie po zdaniu, włos lekko jeżył mi się na głowie, bo to było tak dawno i tak niedawno jednocześnie, a Wojtek jeszcze przed tym etapem i jeszcze tyle czasu upłynie, zanim zrobi się tak samodzielny jak Piotruś teraz, a czas przeleci nie wiadomo kiedy…

I poszła chlipać w kąciku.

Wojtek to synuś tatusia. „Tata” „Tata” – śpiewa radośnie. „Tata!” „Tata!” wykrzykuje nagląco. A tata puchnie z dumy, nosi, pieści, karmi, pielęgnuje.

Kapitalnie naśladuje wszystko, co widzi. Piłowałam przy nim paznokcie – wziął pilniczek i w powietrzu wykonywał takie ruchy jak ja. Przed spacerem smaruję mu buzię kremem – bierze pudełeczko z kremem i udaje, że smaruje sobie policzki. Próbuje wkładać tetrę do otulacza.

Odkurzanie przy nim jest wykluczone. Albo reguluje siłą ssania, albo wyrywa kabel z kontaktu.

Z numerów popisowych: robi „pa, pa” na przemian rozprostowując palce i zwijając je w piąstkę. Na hasło „Wojtusiu, jak robi…?” potrafi zaprezentować pieska, a szczekanie w jego wykonaniu brzmi jak pohukiwanie sowy-sopranistki. Liczę na postęp w tej materii, gdyż z dużym zaangażowaniem miauczę, muuuczę, beeeczę i kwiczę.

Całkiem sprawnie pije z kubków i szklanek. Nie, żebyśmy go jakoś szczególnie uczyli, po prostu przed świętami zaginął jego kubeczek z ustnikiem i jakoś nie po drodze mi było do sklepu. Kubeczek znalazł się wczoraj w czasie wiosennego sprzątania w samochodzie Męża, ale raczej nie będzie już potrzebny.

Dietę ma bardzo urozmaiconą i bogatą, również w magnez, gdyż tatuś nauczył go jedzenia czekolady. Jadają obaj batoniki „Jacek”, na szelest papierka przybiega z najdalszych stron.

Komunikacja z Wojtusiem jest dość schematyczna.

Wojtuś wyciąga rękę w kierunku mojego kubka.
- To jest kawa, kawa jest dla dorosłych.
- Ne.
- Tak.
- Ne.

Wczoraj wybraliśmy się pieszo na spacer. Dzielnie tuptał po chodniku, uczepiony mojej ręki, nawet po schodach wolał wchodzić na trzecie piętro, niż być wnoszony. Zuch chłopak. Nasza mała wielka radość.

wojtus_wiosna500

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii rodzina

 

Z cyklu: dialogi na cztery nogi

16 kwi

Krótka rozmowa ojca z synem.

Ojciec ogląda teledysk „November rain”.

- Patrz Piotrusiu, to jest Slash.
- Taki ukośnik?…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii rodzina

 
 

  • RSS