RSS
 

Bezpowrotny koniec ery noworodka

17 kwi

Wojtuś ma trzy miesiące.

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wojtuś idzie w kulturę

03 kwi

- Miast na kanapie gnić przed serialami, zapoznaj dziecko z muzeami! – powiedziałam do siebie pewnego dnia, bo zdarza mi się rozmawiać ze sobą mową wiązaną. Kto bogatemu zabroni?

Jak powiedziałam, tak też zrobiłam w ostatni czwartek marca. Zapakowałam dziecko do wózka, wózek do autobusu i pojechaliśmy do MOCAK-u, który zbudowali jakoś tak nagle i niespodziewanie, sama nie wiem kiedy, bo byłam zajęta wycieraniem nosów, czytaniem Brzechwy z podziałem na role i gotowaniem pożywnych obiadków. Akurat były (jeszcze są) dwie świetne wystawy – Hasior i kolaże Szymborskiej.


Wojcieszek jest w idealnym wieku na zwiedzanie muzeów – nie ucieka, nie wybrzydza, nie nudzi się. Z kolei MOCAK jest idealnym miejscem dla matek z niemowlętami – dostosowane do wjazdu wózkiem, przestronne, puste hale z zacisznymi kątkami, w którym można wygodnie usiąść i nakarmić malucha. Jedyne, do czego bym się mogła przyczepić, to toaleta – przewijak stoi w toalecie dla niepełnosprawnych i nie wiem, jak obok niego mieści się człowiek na wózku, bo ja miałam problem z wózkiem dziecięcym. W korytarzyku wózek blokował przejście, a kiedy wjechałam do kabiny, to już nie miałam jak się tam obrócić. MOCAK to potężna hala, można było zaplanować w niej więcej miejsca na toaletę.

Jedynym zatłoczonym miejscem w MOCAK-u była kawiarnia, do której zajrzałam w poszukiwaniu wolnego kątka, ale kłębił się tam dziki tłum, okupujący wszystkie kanapy. Poszliśmy więc na wystawę i tam, w ciszy i samotności, przed filmem o procesji ze sztandarami Hasiora, sfilmowanej 40 lat temu, nakarmiłam Wojtka. Próbowałam odłożyć go do wózka, ale od razu zaprotestował, taki spragniony kultury! Nosiłam go więc po salach, kontemplując sztukę i ubolewając, że nie zabrałam chusty.

Wystawa Hasiora – genialna. Szczerze mówiąc, nie kojarzyłam żadnych innych jego prac poza kontrowersyjnymi „Organami” (kontrowersje stąd, że pomnik został zadedykowany „Wiernym synom Ojczyzny poległym na Podhalu w walce o utrwalenie władzy ludowej”, a ponadto organy miały grać przy silniejszym wietrze, a nigdy nie zagrały). To, co zobaczyłam w MOCAK-u, zafascynowało mnie: przestrzenne obrazy (asamblaże) wykonane z rozmaitych przedmiotów (formy do pieczenia, gwoździe, tkaniny, pokrywki od cukiernic, lampy naftowe, laleczki…), a także sztandary. Wyobraźcie sobie ogromny sztandar, uszyty z czarnego aksamitu, na nim drewniane samoloty pikujące w dół, a na każdym samolocie rozpięty Chrystus. Wstrząsający widok!

Asamblaż poniżej nosi tytuł „Czarny płomyczek”:


Wystawa kolaży Szymborskiej – bardzo sympatyczna, z przyjemnością obejrzałam kartki, które robiła dla przyjaciół i znajomych. Też lubię takie robótki :-)

Głośno i długo w noc Wojcieszek opowiadał o swoich doznaniach artystycznych. Widać, że wystawy zrobiły na nim piorunujące wrażenie.

W niedzielę Michaś tańczył w XXV Turnieju Tańca Towarzyskiego „O krakowską czapeczkę”. Pojechaliśmy mu kibicować całą rodziną, Wojtuś z wielkimi oczami słuchał muzyki, a kiedy przyszła pora karmienia, okryłam się chustą i nakarmiłam go na trybunach. Bardzo wątpię, czy ktokolwiek coś zauważył, na parkiecie działy się dużo ciekawsze rzeczy. Pary taneczne z różnych miast zachwycały wdziękiem, wirowały piękne suknie tancerek, a między parami co rusz przebiegały niemogący usiedzieć na miejscu najmłodsi uczestnicy turnieju.

Nasze przedszkolaki zdobyły pierwsze miejsce, złote medale, dyplomy i upominki, w tym symboliczną krakowską czapeczkę, którą przymierzyłam Wojtusiowi, ale i na niego jest już za mała. Gdyby ktoś z Was chciał sfotografować noworodka w stroju krakowskim, to chętnie wypożyczę :-)

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii rodzina

 

Zachciało się Zosi jagódek…

28 mar

Od kilku tygodni miałam na jej punkcie obsesję. Śniły mi się kruche porcelanowe filiżanki i kolorowe kubki, wypełnione świeżo zmieloną, cudownie pachnącą, aromatyczną kawą. Najbardziej kusiła mnie maleńka filiżanka espresso, ale duża spieniona latte też wydawała się apetyczną alternatywą.

Przez całą ciążę odrzucało mnie od kawy, ale z każdym poporodowym dniem rosła we mnie chętka. Mąż pija codziennie dwa duże kubki, a ja tylko wciągałam zapach nosem, upajając się nim i oblizując łakomie. Wreszcie zdecydowałam się na pierwszą kawę od wielu miesięcy. W niedzielę w południe zrobiłam sobie latte w nowym kubku i wysączyłam ją z rozkoszą przeszywającą do pięt.

Po chwili poczułam się jak pancerz Mistrza Spinjitsu, do którego wsiadł Złoty Ninja: wyprostowałam się, kurze opadły, oko mi rozbłysło, krew popłynęła żwawiej, wzrok mi się wyostrzył, poczułam pęd do życia… Alleluja i do przodu!

Do wieczora chodziłam jak pershing, popatrując niepewnie na Wojtusia, czy aby i jemu się nie udzieliło. Do kąpieli Wojtek wyglądał stoicko, czyli jak zwykle, przy Sherlocku (21.10-22.30) jeszcze nawet przysypiał u mnie na kolanach, ale potem, gdy się położyłam, zaczęło się.

Cała noc upłynęła na stękaniu, popłakiwaniu, marudzeniu. Biedne dziecko rozpaczliwie chciało zasnąć, ale nijak nie mogło zapaść w głęboki sen. Rano, gdy moje zwłoki spełzły z łóżka, jedynym światełkiem w tunelu była kawa, której jednak nie zdecydowałam się wypić, żeby nie nakręcać spirali zagłady. I znów świat stał się lekko zamazany, a krew krąży we mnie ospale.

Może Wojcieszek lepiej zniósłby pierwszy kontakt z kofeiną, gdybym do spienionego mleka wlała kawową lurę, a nie espresso?

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Wieczorową porą z dziecięciem w objęciach…

20 mar

Wieczorową porą siedząc na kanapie z dziecięciem w objęciach i kiwając się miarowo na boki (miarowe kiwanie się na boki masuje dziecięciu brzuch, a brzuch trzeba masować, gdyż matka przegięła z dziennym spożyciem smażonej cebuli w ruskich i na ruskich) myślę sobie, że nadszedł czas, by oddać kawałek matki starszym dzieciom.

Michaś, który potrafi jasno wyrazić swoje uczucia, powiedział do mnie z wyrzutem:

- Bo ty się tylko Wojtkiem i Wojtkiem ciągle zajmujesz!
- Chciałbyś, żebym zajęła się tobą?
- Tak.
- A co chcesz ze mną robić?
- Pograć w coś.
- To przynieś jakąś grę.

Zagraliśmy w Link4. Michaś był szczęśliwy, szczególnie, że ograł mnie koncertowo. Ech, gdzie te czasy, kiedy trzeba było się nagimnastykować, żeby dać dziecku wygrać. Teraz trzeba się napocić, żeby wygrać z dzieckiem!

Wieczór zatruł nam pan Zalewski, który zapragnął pomalować płot i musiał kupić 15 litrów farby, ale nie mógł jak człowiek iść do sklepu i kupić, tylko założył wcześniej, że musi zmieścić się w 100 zł i nie da grosza więcej. Nieszczęsny Piotruś musiał zatem wyliczyć, ile których puszek może kupić pan Zalewski, a miał do wyboru jedno, dwu i pięciolitrowe.

Nad Piotrusiem wisiał ojciec inżynier, atmosfera była gęsta i napięta, tykanie zegara brzmiało jak odliczanie, nawet Wojtek zamilkł i tylko łypał dokoła, przepadł nam „Jeden z dziesięciu”, przepadły „Pingwiny z Madagaskaru” i było ryzyko, że przepadnie również Cielecka w roli pani Dulskiej, ale na szczęście Piotrusiowi udało się obliczyć wszystko i podać nawet dwa możliwe rozwiązania. W każdym przypadku po zrobieniu zakupów panu Zalewskiemu zostawało jeszcze na piwo.

Kiedy już można było głębiej odetchnąć, Piotruś wykrzyknął:

- O kurczę, przecież ja wcale nie miałem tego na zadanie!…

Od kilku tygodni szukamy w domu recepty na okulary Piotrusia. 21 stycznia był u okulisty, Mąż receptę schował i tyle ją widzieliśmy. Najpierw Mąż zapewniał, że ma ją w biurze w wiadomym sobie miejscu i przyniesie, zatem przypominałam mu o niej od czasu do czasu, ale na próżno. Później okazało się, że w wiadomym miejscu recepty nie ma i Mąż zaczął forsować wersję, jakoby mi ją wręczył. Nic takiego nie pamiętałam, ale że działo się to tuż po moim powrocie z porodówki, więc możliwe, że wzięłam i schowałam w bezpiecznym miejscu, natychmiast o tym zapominając. Zaczęłam zatem przekopywać potencjalne schowki, jednak recepty nie znalazłam.

Wczoraj Mąż się zaparł i zaczął kopać w swoich teczkach, a następnie w szufladach uprzednio przejrzanych przeze mnie. O 1.30 przyniósł do łóżka Wojtka i pyta:

- Kochanie, a ty jesteś pewna, że już jej nie zaniosłaś do optyka?…

To mi się śni, na bank, rzekłam w duchu, siadając w pościeli i automatycznymi ruchami szykując się do karmienia, aż tak zakręcona nie jestem!…

- Bo w szufladzie znalazłem kartkę od optyka i dowód wpłaty zaliczki…
- To stara kartka sprzed dwóch lat! – przypomniałam sobie od razu i odetchnęłam z ulgą. Recepty dalej nie ma, ale przynajmniej ze mną jest wszystko w porządku!

Michał zapisał się do szkoły. Wszedł do sekretariatu z dokumentami w garści, ukłonił się pani sekretarce Beatce i powiedział z czym przyszedł. Wspierałam go dyskretnie zza pleców, ale wszystko załatwił koncertowo. Szlocham wewnętrznie, że jakże to, kluseczka mamusi cium-cium jest już taka dorosła, ale na zewnątrz trzymam fason. Michaś znowu ma fazę na szkołę, popołudniami twardo odrabia wyimaginowane zadania domowe i był bardzo niezadowolony, gdy mu uświadomiliśmy, że zacznie chodzić do szkoły dopiero od września, a nie natychmiast po dokonaniu wpisu.

A w międzyczasie Wojtuś skończył dwa miesiące, zmężniał, nabrał ciała (ma takie rozkoszne, tłuściutkie udka!…), cera mu się wygładziła, wysypka zniknęła bez śladu i bez eliminowania czegokolwiek z mojej diety (chwała Weronice za postawienie mnie do pionu!), rozdziela rozkoszne uśmiechy i obserwuje świat wielkimi oczyskami.

Byliśmy dziś na szczepieniu – to dla mnie wyjątkowo paskudna chwila, gdy nieświadome, rozkoszne i zadowolone z życia dziecko dostaje z nagła zastrzyk w pulchniutkie udko, na sekundę zamiera, krzyk widać najpierw w oczach, a potem wybucha rozpaczliwym płaczem i całe jest bólem i cierpieniem przez te kilka nieznośnie długich minut.

Jeśli chodzi o szczepienia, to jestem rozdarta bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Piotrusia i Michasia szczepiłam całkiem bezrefleksyjnie, z zastrzeżeniem, że tylko szczepienia obowiązkowe, nie dam się zwariować i nie będę szczepić na wszystko, co popadnie (czytaj: co zaleca pediatra). Teraz długo gryzłam się, czy w ogóle szczepić Wojtusia, bo coraz częściej docierają do mnie sygnały o powikłaniach poszczepiennych i to nie są przypadki z Internetu, lecz dotyczą dzieci znajomych. Nie bardzo wierzę, że globalne nieszczepienie doprowadzi do powrotu chorób – słyszałam o powrocie gruźlicy, ale wątpię, czy jest to ta sama odmiana, na którą szczepi się już noworodki na porodówkach. Wybór między szczepić a nie szczepić to dla mnie trochę jak wybór między dżumą a cholerą – nie zaszczepię dziecka, to może zachorować, zaszczepię – też mogę mu zaszkodzić, bo kto wie, co jest w tych szczepionkach.

Ponieważ nie potrafiłam podjąć jednoznacznej decyzji, zrobiłam jak przy starszych chłopakach. Zacisnęłam zęby i szczepię.

Ostatnio często odpowiadam na pytanie „Ale jak ty sobie radzisz z trójką, jak ja z dwójką ledwo daję radę?” Otóż radzę sobie całkiem dobrze, mam wrażenie, że dużo lepiej niż z dwójką. Rację ma Cypisek, która w pierwszym tomie „Macierzyństwa bez lukru” napisała, że dzieci powinno się mieć od trzeciego :-)

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii rodzina

 

Dorogaja Svieta…

08 mar

W połowie lutego w telewizji leciało „Ogniem i mieczem”. W scenie, w której Chmielnicki rozmawia z pojmanym Skrzetuskim, z ust kozackiego przywódcy padają słowa o tym, że na Ukrainie lud głoduje, a książęta bogacą się. Jeśli wierzyć (a czemu nie wierzyć?) temu, co o przyczynach dzisiejszej sytuacji na Ukrainie pisze Katarzyna Łoza, przewodniczka po Lwowie, to ta sytuacja nie zmieniła się od wieków.

W siódmej klasie nasza nauczycielka rosyjskiego, zwana – jakże oryginalnie! – Pticą, przyniosła adresy kilku dziewcząt z Sajuza, celem nawiązania korespondencyjnych znajomości, a tym samym zacieśnienia więzów między bratnimi narodami. Mnie dostała się Svieta z Kijowa.

Zaczęłyśmy pisać do siebie jeszcze w czasach PRL, wymieniałyśmy drobne upominki. Pamiętam dwie laleczki w ludowych strojach ukraińskich. Nasza dziewczyńska korespondencja przetrwała upadek komunizmu w Polsce i rozpad Związku Radzieckiego.

Pewnego razu, a byłam już w liceum, w wakacyjny wieczór, gdy mama szykowała się do pracy na nocną zmianę, ktoś zadzwonił do drzwi. Zbiegłam po schodach, spojrzałam przez szybkę. Za drzwiami stała znana mi ze zdjęcia Svieta.

- Mamo, mamo! Svieta przyjechała!!! – wrzasnęłam z radością i otworzyłam drzwi, rzucając się na szyję korespondecyjnej znajomej, nieco oszołomionej moją reakcją. Byłam dziewczęciem spontanicznym i żywiołowym do przesady.

Svieta przyjechała z rodzicami i siostrą zupełnie niespodziewanie. Jej tata pracował na Śląsku i na wakacje rodzina przyjechała do niego. Przyszło im do głowy, by złożyć nam wizytę w drodze do domu.

Dziś z lekkim niedowierzaniem myślę o tym, co zrobiła wtedy moja mama. Nie była w stanie znaleźć nikogo na zastępstwo na nocną zmianę, więc po prostu zjadła z gośćmi kolację i poszła do pracy, zostawiając nas w domu z obcymi ludźmi (taty nie było), do tego obcokrajowcami widzianymi pierwszy raz w życiu.

Pamiętam, że mama Sviety piła kawę bezkofeinową, a następnego dnia jej rodzice pojechali na zakupy do Tarnowa i przywieźli ogromnego arbuza, którego jedliśmy wszyscy razem.

Spędzili u nas jakieś 2-3 dni. Nataszka, siostra Sviety, była w wieku mojej Najmłodszej Siostry, więc małe trzymały się razem i dobrze bawiły mimo bariery językowej. Byliśmy na długim spacerze nad Dunajcem, do dziś mam zdjęcia z tamtej wyprawy. Pamiętam, że mamie Sviety bardzo podobało się w Polsce, przede wszystkim zachwycała się, że Polacy są tacy życzliwi.

W liceum nie uczyłam się już rosyjskiego, więc moje listy były coraz bardziej kulawe, ale jeszcze w miarę posługiwałam się cyrylicą. Kiedy byłam na studiach, Svieta już pracowała i była mężatką, dostałam od niej zdjęcia ślubne, z cerkwii, z koronami na głowach. Svieta była niewysoka i okrąglutka, jej mąż Sasza bardzo wysoki i szczupły, z gęstymi, czarnymi brwiami. W związku z moim pogarszającym się rosyjskim próbowałyśmy pisać do siebie po angielsku, ale to już nie było to. Korespondencyjna znajomość umarła.

Od naszego ostatniego listu minęło jakieś 20 lat. Ostatnio często myślę o Svietłanie z Kijowa, zastanawiam się, jak się jej życie ułożyło i co się z nią dzieje teraz. Postanowiłam odnowić znajomość. Moja Mama ofiarnie wygrzebała adres Sviety z pudła, upchniętego w kącie piwnicy, które szczęśliwie przed laty podpisałam „Listy Dorotki”, inaczej byłoby nie do odnalezienia w stercie takich samych pudeł. Małgosia przesłała mi skan jednego z ostatnich listów Sviety. Jedną trzecią przeczytałam, jednej trzeciej się domyśliłam, jedna trzecia pozostaje dla mnie tajemnicą. Co ciekawe, na liście nie ma daty, więc trudno precyzyjnie umieścić go w czasie.

Napisałam list do Sviety, ale poprosiłam rusycystkę o przetłumaczenie go, sama nie potrafiłabym napisać poprawnie nawet „dorogaja”. Ciekawe, czy odpisze, czy w ogóle dostanie mój list. Minęło tyle lat, mogła zmienić adres, a wtedy pewnie jej nie odnajdę. Ale mam wielką potrzebę powiedzenia jej, że myślę o niej i modlę się o wolność i pokój na Ukrainie.

 
Komentarze (18)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

„Niech Pani obwisłym cycem świeci sobie w domu”, czyli publiczne karmienie piersią

06 mar

Dziś na tapetę biorę publiczne karmienie piersią. Rzecz normalna czy obrzydliwość? Spotkałam się ostatnio z artykułem pod uroczym tytułem „Karmienie piersią w miejscach publicznych – zwykła sprawa czy fanaberia?” Ależ oczywiście, że fanaberia niemowlaka-terrorysty, rozpuszczonego zapewne od noszenia na rękach i spania z nim, tfu!

Opowiem Wam moją historię.

Zanim urodziłam pierwsze dziecko, stosunek do publicznego karmienia piersią miałam nieuregulowany. Nie byłam ani na tak, ani na nie, w ankiecie zaznaczyłabym pewnie okienko „nie dotyczy”. Obracałam się wówczas w blogowych kręgach (serdecznie pozdrawiam! :-), które potępiały publiczne karmienie piersią i wtedy to pierwszy raz spotkałam się z porównaniem karmiącej do ekshibicjonisty. Zszokowało mnie to, ale pomyślałam, że skoro Społeczeństwo tak to odbiera i takie to jest dla Społeczeństwa obrzydliwe, to widocznie tak jest i koniec. Napisałam wtedy nawet jakąś notkę, której bohaterką była babka karmiąca na środku sali przy stoliku w wietnamskiej knajpie i wtedy Ola z odchudzam-sie napisała coś w stylu „Dziewczyny, nie macie dzieci, to nie wiecie jak jest, czasami po prostu musi się nakarmić dziecko tu i teraz”.

Kiedy urodził się Piotruś, wpadłam w obsesję, by karmić tylko w domu, żeby przypadkiem kogoś nie zniesmaczyć swoim widokiem. W efekcie zamiast iść z wózkiem w świat, do ludzi, korzystać ze swobody, parków, księgarń, muzeów, kawiarni, to jak chomik w klatce drobiłam po osiedlu w promieniu kilku minut od domu. Kiedy odwiedzały mnie koleżanki, to zdarzało się, że przy nich karmiłam Piotrusia wcześniej odciągniętym mlekiem z butelki.

Raz karmiłam dwumiesięcznego Piotrusia w miejscu publicznym, w Instytucie Francuskim przy Stolarskiej, na kanapie, przyczajona pod kocem i jeszcze zastawiona wózkiem. Cała byłam spocona ze strachu, aby czy ktoś czegoś nie zobaczy, ale szczęśliwie nikt nie odsądził mnie od czci i wiary. Może ocaliło mnie to, że byłam na terenie konsulatu Francji?

Przy Michasiu z małym Piotrusiem nie miałam siły na wyprawy poza osiedle, więc nie było tematu, ale teraz wrócił w pełnej krasie.

I wyznam Wam, że wreszcie dorosłam i obecnie mam w nosie, co myśli Społeczeństwo i na pewno nie dam się znowu zamknąć w klatce kilku najbliższych ulic. Wojtuś będzie dostawał jeść tam, gdzie akurat będziemy, a jeśli przyjdzie mi karmić w centrum handlowym, to – jak onegdaj deklarowałam na fejsie – wybiorę ławkę przy sklepie z bielizną, gdzie na plakacie wystawowym będzie pani w znacznie większym negliżu.

W niektórych miejscach publicznych są pokoje do karmienia, chętnie je zwizytuję przy okazji, ale dlaczego mam karmić moje dziecko schowana przed światem? Nikogo nie razi, gdy dziecko w kawiarni czy na ławce karmione jest butelką czy łyżeczką. Pewnie, że wiem, o co chodzi, ale to, że kobiece piersi są obecnie traktowane głównie w kategoriach seksualnych, nie zmienia faktu, że ich podstawową funkcją nie jest – wyobraźcie sobie! -  rajcowanie facetów, ale karmienie dzieci.

O tym, że karmiąca na ogół niczego nie „wywala” na widok publiczny, osłania się jak może i przeważnie siedzi skulona, modląc się, żeby nikt się do niej nie doczepił, to już nawet nie będę pisać.

Obok wspomnianego na początku artykułu była ankieta. Wzięło w niej udział 2335 osób, które na pytanie „Czy razi cię karmienie piersią w miejscu publicznym?” odpowiedziały następująco:

  • nie, nie ma w tym nic rażącego – 62%
  • raczej nie, choć jeśli są miejsca do tego wyznaczone, powinno się z nich korzystać – 19%
  • zdecydowanie tak, to nieestetyczne i nie każdy ma ochotę na to patrzeć – 19%

 

Cieszy mnie, że jednak większość ankietowanych traktuje to normalnie, ale oczywiście wiadomo, że jak już się gdzieś karmi, to zawsze można trafić na kogoś z tej ostatniej grupy. Mam dla nich złotą radę i aż nie chce mi się wierzyć, że sami na to nie wpadli: to nie patrzcie.

Ps. Tytuł notki pochodzi z komentarzy do wspomnianego artykułu. Ich lekturę stanowczo odradzam.

 
Komentarze (53)

Napisane w kategorii rodzina

 

Nie czytam, nie piszę, ale są tacy, którzy to robią. Chwała im!

03 mar

Zapuściłam się intelektualnie w stopniu straszliwym i gorszącym, ostatnio znacznie częściej włączam jakiś durny serial niż sięgam po książkę. Na efekty zidiocenia telewizją nie trzeba długo czekać, poproszona przez Piotrusia o wyjaśnienie, kim jest radny, dobre pół minuty szukałam odpowiednich słów.

Mój blog o książkach zarósł warstwą kurzu, ostatni wpis z listopada… Luuudzie! Staczam się na dno miski z budyniem!

Pocieszam się trochę, choć to marne pocieszenie, że choć czytam mniej książek niż kiedyś, czytuję, co o książkach piszą moi znajomi i nieznajomi blogerzy.

Niedawno Janek, uhonorowany eBuką współuczestnik „Macierzyństwa bez lukru 3” i autor bloga tramwajnr4.pl entuzjastycznie pisał o powieści Marty Kisiel „Nomen omen”. Zachęcona wrzuciłam ją do koszyka w e-księgarni, a tu Janek opublikował wywiad z autorką i ogłosił konkurs, w którym do wygrania jest nowa powieść Marty K. a także jej stary (2010) zbiór opowiadań, uwielbiane w niektórych kręgach i bardzo pożądane, a praktycznie niedostępne „Dożywocie” (widziałam jeden egzemplarz na allegro za… 85 zł). Toteż fanów czarnego humoru zachęcam do odwiedzin tramwaju (a jak uda Wam się wygrać „Dożywocie”, to pożyczycie, co?).

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii życie codzienne

 
 

  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy