RSS
 

Wyszedł z pokoju na czworakach, wrócił na dwóch nogach

22 kwi

Gdyby nie Wojtuś, największym hitem ubiegłego tygodnia byłoby spektakularne spalenie rondelka z krupnikiem, co do którego byłam granitowo przekonana, że przed wyjściem z domu wyłączyłam gaz pod nim. A tu rach-ciach Wojtuś skończył 15 miesięcy. I kto by pamiętał jakiś rondelek?

8 kwietnia po południu Najmłodszy popatrzył na mnie, omiótł wzrokiem pokój i zapytał:
- Dzie tata?

9 kwietnia o poranku zrobił pierwsze trzy kroczki bez trzymanki, przemieszczając się w linii prostej od mamy do taty. Plecy wyprostowane, rączki uniesione i zgięte w łokciach, piąstki lekko zaciśnięte, a na obliczu miał takiego banana, że gdyby nie uszy, to śmiałby się naokoło. Rodziciele wpadli w naturalną w tej sytuacji ekstazę, wybuchem radości zagłuszając nawet sąsiedzkie wiertary, obdzwonili krewnych i znajomych i nawet otworzyliby szampana, gdyby ojciec nie musiał iść do roboty, zarabiać na buty w rozmiarze 20 (oraz 33 i 36).

Od tamtej pory przemieszcza się coraz sprawniej i na coraz dłuższe dystanse. Chodzi z pokoju do pokoju, kroczy z przejęciem, śmiesznie unosząc kolanka, dumny homo erectus. Gdy zmęczy się pozycją wertykalną, pada na czworaki i popyla bliżej podłogi. Póki co tak jest szybciej.

Świat jego doznań, wrażeń i doświadczeń poszerza się każdego dnia. Zaznał chodzenia po trawie, w butach niestety, bo nie dysponujemy prywatnym trawnikiem, przechadzał po bruku. Doświadczył przyjemności z bujania się na parkowej huśtawce. Ja z kolei doświadczyłam buntu, gdy zapragnęłam wpakować do wózka dziecko, które już liznęło samobieżności. Bunt ów jest odwrotnie proporcjonalny do gabarytów młodzieńca, zdumiewa mnie jego siła i rozmiar. Póki co wygrywam, ale to się zmieni, bowiem wszystko się zmienia na tym zmiennym świecie…

wojtus_stoi

Ot, refleksyjna i nostalgiczna się zrobiłam przy trzecim dziecku. Namiętnie oglądamy ostatnio filmy nagrywane kilka lat temu, gdy mocno eksploatowałam kamerę przy małym Michasiu i niewiele większym Piotrusiu. Jakie to były słodkie maleństwa! Jakie urocze! Ile ja już zapomniałam z tamtych czasów! Gdy patrzyłam na dwuletniego Piotrusia, siedzącego nad książką i po cichutku „czytającego” ją zdanie po zdaniu, włos lekko jeżył mi się na głowie, bo to było tak dawno i tak niedawno jednocześnie, a Wojtek jeszcze przed tym etapem i jeszcze tyle czasu upłynie, zanim zrobi się tak samodzielny jak Piotruś teraz, a czas przeleci nie wiadomo kiedy…

I poszła chlipać w kąciku.

Wojtek to synuś tatusia. „Tata” „Tata” – śpiewa radośnie. „Tata!” „Tata!” wykrzykuje nagląco. A tata puchnie z dumy, nosi, pieści, karmi, pielęgnuje.

Kapitalnie naśladuje wszystko, co widzi. Piłowałam przy nim paznokcie – wziął pilniczek i w powietrzu wykonywał takie ruchy jak ja. Przed spacerem smaruję mu buzię kremem – bierze pudełeczko z kremem i udaje, że smaruje sobie policzki. Próbuje wkładać tetrę do otulacza.

Odkurzanie przy nim jest wykluczone. Albo reguluje siłą ssania, albo wyrywa kabel z kontaktu.

Z numerów popisowych: robi „pa, pa” na przemian rozprostowując palce i zwijając je w piąstkę. Na hasło „Wojtusiu, jak robi…?” potrafi zaprezentować pieska, a szczekanie w jego wykonaniu brzmi jak pohukiwanie sowy-sopranistki. Liczę na postęp w tej materii, gdyż z dużym zaangażowaniem miauczę, muuuczę, beeeczę i kwiczę.

Całkiem sprawnie pije z kubków i szklanek. Nie, żebyśmy go jakoś szczególnie uczyli, po prostu przed świętami zaginął jego kubeczek z ustnikiem i jakoś nie po drodze mi było do sklepu. Kubeczek znalazł się wczoraj w czasie wiosennego sprzątania w samochodzie Męża, ale raczej nie będzie już potrzebny.

Dietę ma bardzo urozmaiconą i bogatą, również w magnez, gdyż tatuś nauczył go jedzenia czekolady. Jadają obaj batoniki „Jacek”, na szelest papierka przybiega z najdalszych stron.

Komunikacja z Wojtusiem jest dość schematyczna.

Wojtuś wyciąga rękę w kierunku mojego kubka.
- To jest kawa, kawa jest dla dorosłych.
- Ne.
- Tak.
- Ne.

Wczoraj wybraliśmy się pieszo na spacer. Dzielnie tuptał po chodniku, uczepiony mojej ręki, nawet po schodach wolał wchodzić na trzecie piętro, niż być wnoszony. Zuch chłopak. Nasza mała wielka radość.

wojtus_wiosna500

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii rodzina

 

Z cyklu: dialogi na cztery nogi

16 kwi

Krótka rozmowa ojca z synem.

Ojciec ogląda teledysk „November rain”.

- Patrz Piotrusiu, to jest Slash.
- Taki ukośnik?…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii rodzina

 

Durne teksty od obcych ludzi

14 kwi

„To chłopczyk? A taki ładny jak dziewczynka. Powinien być dziewczynką!” i „Przydałaby się pani jeszcze dziewczynka” – to moje dwa ulubione durne teksty, które notorycznie słyszę na ulicy. Jest ich oczywiście więcej, niektóre także od znajomych. Szczególnie lubię pytanie „A będziecie jeszcze starać się o córeczkę?” Nauczyłam się odpowiadać bez drgnienia powieki, że córka będzie szósta.

Durne teksty padają często w bardzo sympatycznych okolicznościach z ust obcych i sympatycznych osób: piękna pogoda, ławka w parku, przystanek autobusowy, starsza pani uśmiecha się do Wojtka, Wojtek odwzajemnia uśmiech i już leci gadka-szmatka. „O, uszko wyszło spod czapki, nawieje dziecku i będzie chore”; „Wzięłabym cię do domu, taka ładna jesteś, taka uśmiechnięta!… To jest chłopczyk? Naprawdę?”

Niektórym mamom burzy to krew. Niektóre mamy dostają szału, gdy ktoś obcy chce w tramwaju wziąć dziecko na kolana, zagląda do wózka, dotyka kocyka, zagaduje do dziecka. Kiedyś Kredka napisała post, w którym domagała się szacunku dla dzieci i niedotykania ich przez obce osoby. Felieton jest  zbiorem tekstów o różnym poziomie denności, jakie przygodni dorośli wypowiadają do dzieci, począwszy od (moim zdaniem całkiem miłych) „Jakie masz śliczne włoski” i „Jak masz na imię”, poprzez niekulturalne i inwazyjne „Po co ci ten smoczek, fuj!” aż po okropne „Słuchaj się mamy, bo jak nie, to cię zabiorę”.

Mnie takie teksty nie ruszają. Nie uważam za zamach na siebie czy moje dziecko, gdy starsza pani proponuje, że weźmie je na kolana w autobusie (oczywiście o ile dziecku to nie przeszkadza, a reakcja dziecka jest w dużym stopniu zależna od reakcji mamy). Ludzie czasem chcą być mili, czasem pomocni, a że przy okazji plotą byle co… Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie ma na sumieniu jakiegoś głupiego tekstu. Ja mam niejeden, jako że przez jakieś ćwierć wieku najpierw mówiłam, potem myślałam, więc teraz uśmiecham się czasem szczerze, czasem z przymusem i obmyślam cięte riposty, których nigdy nie wypowiem głośno, bo po co mam robić przykrość starszej pani z innej epoki. Uważam, że głupie teksty i tzw. dobre rady należy puszczać mimo uszu. Mam to w genach. I dzieciom przekazuję.

Ostatnio wymyśliłam genialną ripostę na zachwyty nad Wojtkiem „A taki ładny jak dziewczynka! Powinien być dziewczynką!” – z kamienną twarzą wygłosiłabym: „Tak, ja też tak uważam, ale jestem przeciwna operacjom zmiany płci u takich małych dzieci”. Oczywiście nigdy jej nie wygłoszę z opisanych wyżej powodów, ale chętnie wyobrażam sobie reakcje starszych pań…

 
Komentarze (41)

Napisane w kategorii rodzina

 

Szczepić? Nie szczepić?

13 kwi

Nie powiem Wam „Nie szczepcie dzieci”, ale też nie wezmę udziału w kampanii „Zaszczep swoje dziecko”. Bo sama jestem rozdarta.

Piotrka i Michała szczepiłam całkiem bezrefleksyjnie, zgodnie z kalendarzem szczepień. Nic ponadto, bo łatwo wpaść w paranoję. Owszem, docierały do mnie informacje, że szczepionki nie są całkiem bezpieczne, że autyzm, że rtęć, ale wypuszczałam drugim uchem.

Już od początku ciąży z Wojtkiem zastanawiałam się, co robić. Informacje o powikłaniach poszczepiennych usłyszałam od czterech bliskich koleżanek, dwie z nich zdecydowały się w ogóle nie szczepić swoich dzieci. Dowiedziałam się od nich o reakcjach lekarzy, którym to zgłaszały: bagatelizowanie problemu, wymyślanie wymówek, byle nie uruchamiać całej procedury NOP. To już nie były wyczytane w internecie historie, które można przypisać obcym oszołomom, tylko przypadki dzieci, które znam osobiście. Nad tym już nie tak łatwo było mi przejść do porządku dziennego.

Gryzłam się tym całą ciążę. Moi chłopcy nie mieli żadnych niekorzystnych objawów poszczepiennych, raz się zdarzyło, że Piotruś gorączkował w nocy (po trzeciej dawce Infanriksu). Ale nigdy nie było takich jazd, jak opisywały koleżanki: drgawki, sinienie, silna gorączka, stupor, brak kontaktu z dzieckiem.

Poprosiłam, by nie szczepić Wojtusia w pierwszej dobie życia, ale nie zaprotestowałam, gdy zaszczepili go tuż przed wyjściem ze szpitala.

Nie wierzę, że wracające teraz choroby (ostatnio odra, poprzednio gruźlica) to te same szczepy, które dostają nasze dzieci. Choroby wracają, bo wracają, vide szkarlatyna, dolegliwość rodem z dziewiętnastowiecznych powieści.
Nie wierzę w czyste intencje, gdy w grę wchodzi ogromna kasa.
Nie wierzę, że szczepionki są całkowicie bezpieczne. Gdyby były, to po co przy każdym szczepieniu lekarz podsuwałby mi do podpisu kartkę, że zgadzam się i jestem świadoma, na co się zgadzam? Moim zdaniem to nic innego jak przerzucenie odpowiedzialności na rodzica w razie jakichś powikłań.

Szczepię, bo nie mam siły na walkę z systemem.
Nie chcę być traktowana przez pediatrów jak wariatka, nie chcę dostawać z Sanepidu listów z pogróżkami.
Szczepię tylko na to, co muszę, żadnych dodatkowych, bo każda szczepionka, jak każdy lek, to  ryzyko skutków ubocznych.
Szczepię z nadzieją, że skoro starszym chłopakom nic się nie działo, to Wojtusiowi też nie zaszkodzi.
Szczepię z myślą, że gdyby tak, nie daj Boże, któryś z nich zachorował ciężko, a nawet umarł z powodu braku szczepień, to przecież wyrzuty sumienia zadręczałyby mnie do końca życia.

Nie wiem, co jest bardziej prawdopodobnym zagrożeniem: choroba spowodowana brakiem szczepienia, czy powikłanie poszczepienne. Nie wiem, co gorsze. Badania i argumenty są po dwóch stronach barykady. Statystycznie lepiej zaszczepić. Chyba że akurat moje dziecko będzie tym pojedynczym procentem…

Szczepię, choć z gulą w gardle i duszą na ramieniu.

 
Komentarze (37)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wielkanoc 2015

05 kwi

Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja! 

baranekBaranek pasie się na zielonej rzeżusze (trzymanej w cieple, żeby zdążyła się zazielenić).

wielkanoicnachoinkaChoinka wielkanocna z blokowiskiem w tle.

babkaBabka wyszła mi genialna, nie chwaląc się. Mąż zamówił drożdżową, „jak u mamy”. „Ooo kochany, jak u mamy to nie będzie na pewno, ale zrobię co w mojej mocy”.

zajaczek Zajączek w całości ocalał tylko jeden, pozostałym odpadły uszy.

***

W piątek zarządziłam zmianę pościeli. Wchodzę do chłopaków sprawdzić, jak sobie radzą, a tam…

zmianaposcieli

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii rodzina

 

Świetne wycieczki dla dzieci

27 mar

Moja koleżanka Natalia, którą znam od 15 lat, jest aktywistką i społecznicą, więc łączy nas pokrewieństwo dusz. Ostatnio w ramach urlopu macierzyńskiego na czwarte dziecko wymyśliła projekt wycieczek edukacyjnych i realizuje go w ramach działań Fundacji Wspierania Więzi Lokalnych „Linking Fundation”.

Wycieczki są przeznaczone dla uczniów klas 0-III szkół podstawowych oraz dla przedszkolaków i odbywają się w pięciu miastach: w Krakowie, Katowicach, Nowym Sączu, Tarnowie i Rzeszowie. Tematy wycieczek – najróżniejsze: historyczne, geologiczne, przyrodnicze, sportowe – ale konkretne, nie: spacerujemy po mieście i przy okazji dowiadujemy się wszystkiego po trochu. Kiedy na sądecki dworzec wjechał pierwszy pociąg? Czy banany rosną w Parku Strzeleckim? Dlaczego Rzeszów ma krzyż w herbie? Po co miastu rynek? Dlaczego na Śląsku złoto jest czarne? Ślónsko godka bajtlom słodka – i wiele innych.

Byliśmy na wycieczce w Krakowie jeszcze w październiku, w rześki, sobotni poranek. Świetna rzecz! Dzieci były ciągle zaangażowane w rozwiązywanie zadań, z których jedne wymagały wiedzy, inne zręczności, a Michał został nawet królem kurkowym i z wielką dumą paradował po Floriańskiej i okolicach ze zdobycznym kurem (niestety, kur był przechodni i potem przez dwa dni dziecko jęczało, żebym mu takiego uszyła, ale szczęśliwie zapomniało, uff).

wycieczk3

wycieczk1

Tu jest strona internetowa wycieczek, zajrzyjcie, poczytajcie, pooglądajcie (jak dobrze poszukacie, to nas wypatrzycie na zdjęciach, na jednym występuję jako Fotograf Bez Głowy), pokażcie nauczycielkom Waszych dzieci – może akurat któraś z propozycji przypadnie Wam do gustu.
Bardzo polecam!

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Zabezpieczenia antydzieciowe – z poradnika weterana

25 mar

Producenci zabezpieczeń antydzieciowych z dumą prezentują znękanym rodzicom całą gamę swoich produktów w różnych kształtach i kolorach (a może nawet i smakach, kto ich tam wie). Moje wieloletnie doświadczenie mówi jednak, że najlepsze są zwykłe, poczciwe gumki.

W tym sezonie w naszym domu obowiązywały już gumki wplecione w bransoletki, ale wielokrotnie szarpane przez Wojtusia rozpadły się, niestety, na części pierwsze. Udałam się zatem do sklepu AGD i nabyłam paczkę (20 sztuk) gumek do weków po 0,35 groszy za sztukę.

Zgrabnie powiązałam nimi najchętniej eksplorowane przez Wojcieszka szuflady w kuchni i w dużym pokoju. A oto fotorelacja z testów:

test1Wyraźnie zaintrygowany Wojtuś próbuje dostać się do szuflady w kuchni. Zabezpieczenia poddawane są wyszukanym próbom siłowym.

test2Ta smutna minka mówi wszystko. Zabezpieczenia są nie do sforsowania. Matka na stronie: yessssss!…

test3Plątanina gumek na komodzie w dużym pokoju.

Bardzo interesujące są reakcje Wojtusia na zabezpieczone szuflady, pamiętam, że Piotruś i Michaś mieli podobnie: już sam widok zablokowanej szuflady powodował, że natychmiast tracili zainteresowanie nią. Jednak gdy gumka dynda swobodnie, jest inaczej: Wojcieszek natychmiast rzuca się bebeszyć zawartość szufady, a Piotruś zakładał gumkę na szufladę. Od maleńkości szanował zasady i procedury.

Kupowanie gumek do weków w marcu ma ten minus, że są one z poprzedniego roku, zleżałe gdzieś w kącie, więc niestety sparciałe. Stąd po kilku atakach Wojtusia rozleciały się prawie wszystkie. Z dwudziestu ocalało raptem 5.

Jednak matka nie poddaje się łatwo. Kupiłam gumki-recepturki, szerokie na 10 mm, ok. 70 sztuk, koszt 10,40 zł (+ przesyłka, opłaciłam najtańszą, więc czekam już czwarty dzień). Stay tuned!

Update:

Oto i kolejny ciąg szuflad zabezpieczony przed dostępem Wojtusia. Poszliśmy w wiosenny design. A świeżutki chleb pachniał cudownie :-)

gumki

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii rodzina

 
 

  • RSS