RSS
 

Ciotka Dobra Rada – to ja

27 lut

Z przyjemnością informuję, że zostałam zaproszona przez apteki SUPER-PHARM jako ekspert do udzielania porad innym mamom.

Do tej pory odpowiedziałam m.in. na pytanie Agnieszki:
Witam, jestem mamą 6 latka – niejadka :) Sama taka byłam i nie mam z tym problemu, jednak moja teściowa uważa, że dziecko jest wychudzone… Zakupiła syrop Apetizer z nadzieją, że będę go podawać synkowi. W składzie są naturalne i nie naturalne składniki. Nie ufam i nie sądzę, żeby to miało prawidłowy wpływ na jego odżywianie. Co Pani o tym sądzi? …podejrzewam, że nie zaszkodzi, ale czy ma sens? Pozdrawiam.

Agnieszko,
moim zdaniem, niejadki biorą się z przekory. Im bardziej naciskamy na dziecko, żeby jadło, tym bardziej kaprysi. Im bardziej rodzina skupia się na problemie, tym bardziej problem narasta. Mój najstarszy syn był niejadkiem do piątego roku życia. Wciąż jest bardzo szczupły, ale teraz je chętnie i z apetytem. Średni z kolei zawsze miał apetyt, ale od jakiegoś czasu, z przekory, żeby odróżnić się od brata, grymasi i marudzi przy stole. Niechęć do jedzenia mija jak sen złoty, kiedy spędzi dwie godziny na śniegu. Polecam więc Twojemu synkowi naturalny wspomagacz apetytu: dużo ruchu na świeżym powietrzu :-)

Pozdrawiam serdecznie
Dorota

Pytania można kierować poprzez FB, za pośrednictwem aplikacji „Zapytaj Dorotę” w profilu SUPER-PHARM. Zapraszam :-)

screen2

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii rodzina

 

Dostać miejsce w żłobku

23 lut

Polecam serdecznie w Onecie mój artykuł o (nie)dostępności żłobków w Polsce.

I pojadę po bandzie: kto mnie lubi, ten czyta i lajkuje! ;-)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii rodzina

 

Ferie w górach

22 lut

Trzy dni spędziliśmy rodzinnie w Wiśle. Trafiliśmy tam zupełnie przypadkiem. Chcieliśmy pojechać do Białki, ale kiedy Mąż zatwierdził ostatecznie wyjazd, okazało się, że nasze plany pokrywały się z planami lwiej części społeczeństwa i gdziekolwiek zadzwoniłam, tam zapraszano nas w innym terminie.

A że zgadaliśmy się ze znajomymi, że oni jadą do Wisły, do poleconego im przez znajomych pensjonatu, tośmy się i my wybrali. Znajomi mają dwie córki w wieku naszych starszych chłopaków. Dzieci świetnie się bawiły, mieszkaliśmy na tym samym piętrze, ganiali do siebie non stop. Wyjazd ze znajomymi to naprawdę genialny patent, dzieci mają siebie nawzajem i nie wiszą cały czas na rodzicach.

Było ładnie, biało, wygodnie i smacznie.
Niebo jak w Alpach, śnieg skrzący jak na pocztówce.

wisla1

wisla2

wisla4
Wojtek pospał w wózku na świeżym powietrzu:

wisla7

wisla3

Piotruś i Michaś pojeździli na nartach pod okiem instruktora:

wisla5

wisla6

A ja napiłam się grzańca, co korzystnie znieczuliło mnie na zaistniałe okoliczności, gdyż:
Mąż zjechał tylko raz, ale za to spektakularnie. Grzmotnął tak, aż się wystraszyłam, że lawina zejdzie. Oficjalne tłumaczenie brzmi: bo się na mnie zapatrzył.
W sumie miło, że po dwunastu latach od ślubu potrafi tak się na mnie zagapić, aż miękną mu kolana.

wisla8
Przez trzy dni po powrocie z ferii Mąż głównie leżał, jeśli już się przemieszczał, to kuśtykając i posykując, a dom tonął w oparach kapusty. W niedzielę po południu, nadal kulejąc, wsiadł do samochodu i pojechał do pracy.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii rodzina

 

Komplement od pierworodnego

10 lut

- Mamo, jaki ty masz bogaty słownik w głowie! – powiedział Piotruś w zachwycie. Urosłam w górę ze 20 cm. Które z moich licznych dzieł przeczytał pierworodny? Którą książkę? Który artykuł?

Nic z tych rzeczy.

- Przeczytałem to usprawiedliwienie, które mi napisałaś i tam jest tyle ładnych słów… Ono jest napisane tak… precyzyjne i tak po polsku!…

Wzruszyłam się, serio. Rozbawiło mnie oczywiście też, tym bardziej, że akurat dumałam onegdaj nad tym, jak skostniałą formą ma usprawiedliwienie do szkoły. Forma nie zmienia się od lat, szukałam w Google jakiejś alternatywy, ale jedyną obowiązującą jest nieśmiertelne: „Proszę o usprawiedliwienie nieobecności w szkole syna Piotra w dniach … z powodu…” Zastanawiam się, dlaczego „proszę o usprawiedliwienie”, skoro to ja usprawiedliwiam potomka. Czasem pisałam po prostu „Szanowna Pani, syn był nieobecny w dniach… z powodu…” i na końcu „Łączę wyrazy szacunku”. Ale kolejny raz pióro samo jechało utartym szlakiem i tak czynię za każdym razem, bo jakoś nie chce mi się rewolucjonizować pisania usprawiedliwień.

Nie wiem zatem, co tak zachwyciło Piotrusia :-)

A dla równowagi, innym razem:

- Piotrusiu, a idźże już po książki i weźże się za odrabianie lekcji!
- Matko polonistko! Jak ty mówisz?!

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Konkurs Blog Roku – ostatnie godziny głosowania

09 lut

Do jutra 10 lutego do 12.00 można wspierać SMS-ami swoich faworytów. Walka jest zacięta, bo tylko dziesięć blogów z każdej kategorii trafi pod osąd jurorów. Oto są ci, którym kibicuję i Was zachęcam do udzielenia im poparcia. Dochód z SMS-ów zasila konto Fundacji Dzieci Niczyje, więc są pożyteczne podwójnie.

Blogi parentingowe:

dzieciowo.pl SMS o treści A11148 na numer 7122

Literackie i kulturalne:

tramwajnr4.pl SMS o treści J11157 na numer 7122
Czasami Kalafior SMS o treści H11468 na numer 7122

Pasje i twórczość:

Matka po godzinach SMS o treści H11211 na numer 7122
Kinio SMS o treści H11724 na numer 7122

Niezależnie od blogów można wybrać także Tekst roku, moje dwa ulubione:

Matko Jedyna SMS o treści T11792 na numer 7122
Ola Radomska SMS o treści T11324 na numer 7122

Powodzenia, Kochani!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Roczek na raczkach

08 lut

Z okazji ukończenia pierwszego roku życia Wojtuś dźwignął kuper w górę i poszedł przed siebie na czworakach. Odkrył, że tak jest łatwiej, kiedy idzie się po dywanie, ale na śliskiej podłodze pełznie się szybciej niż raczkuje.

raczkiSzybko zleciał ten rok. Zupełnie niewiadomokiedy.

Dokonania i osiągnięcia do kroniki rodzinnej:

  • 6 grudnia św. Mikołaj przyniósł Wojtusiowi pierwszy ząbek, tuż za nim wynurzył się drugi (dolne jedynki).
  • 15 grudnia Wojtuś sam wstał i stanął na dwóch nogach, trzymając się skrzynki ze sprzętem telewizji TVN.
  • 1 stycznia wyszedł trzeci ząbek: górna dwójka, a zaraz za nią jedynka.

Mówi „mama”, „tata”, „baba” „dada”. Początkowo „tata” było radosne, pogodne, ćwierkające, a „mama” wyłącznie w tonacji molowej, wykrzykiwane z niepokojem, głębokim smutkiem, a nawet rozpaczą. Ostatnio „mama” nabrała cieplejszych odcieni.

Wojtuś uczy się samodzielnie jeść łyżką – często zawartość gubi się po drodze, ale łyżka trafia do buzi, budząc mój zachwyt nad koordynacją ruchową potomka. Na początkowym etapie nonszalanckim gestem przerzucał pełną łyżkę przez ramię i dopiero wkładał ją do ust. Obecnie łyżka idzie do paszczy już bez zarzucania jedzenia na plecy.

Jada w zasadzie wszystko to, co my. Do 11. miesiąca życia starałam się w miarę przestrzegać kalendarza rozszerzania diety, teraz gotując dla całej rodziny po prostu ograniczam sól i ostre przyprawy. Uwielbia ziemniaki, ziemniaczane puree wcina z większym apetytem niż mięso. Bardzo lubi rybę, surówkę z kiszonej kapusty, pasztet (domowy, naturalnie!), makaron, kasze, jabłka, borówki (vel jagody), banany i pomarańcze (te serwuję sporadycznie, już raz obsypało go po bananie, a raczej po chemii z banana). Pije sok jabłkowy (póki co z butelek dla niemowląt, ale przymierzamy się do kupna wyciskarki i będę wyciskać ile wlezie), wodę i każdy napój, który piję ja – koniecznie musi spróbować. Chciałam go zniechęcić do tego procederu i dałam polizać łyżeczkę umoczoną w kawie (czarna, bez cukru, gotowana w tygielku) – nawet się nie skrzywił.

Je przeważnie sam, łyżką, małym widelczykiem albo rękami. Zupy i kaszki jemy na trzy ręce: karmię go łyżką, a on trzyma po jednej łyżce w każdej ręce i też wsuwa. W połowie jedzenie nudzi go używanie sztućców, zrzuca je na podłogę z głośnym brzękiem i kontynuuje rękami. Ulubione ziemniaki serwuję mu w postaci małych kulek, które obtaczam np. w mielonym drobno mięsie. Kulki z mięsa, nawet z dodatkiem warzyw, wchodzą bardzo opornie, natomiast kulki z pasztetu obtoczone w kaszy jaglanej znikają momentalnie. Surówkę bierze w dwa palce i wprawnie umieszcza porcje w buzi.

W związku z powyższym zastanawiam się, czy nie adoptować kury. Na resztkach z Wojtkowego krzesełka do karmienia wyhodowalibyśmy tłustą sztukę, a i świeże jajko byłoby co dzień. Nie wiem tylko, czy kurę da się przyuczyć do kuwety. Ktoś coś słyszał na ten temat?

Uwielbia czytanie (yes, yes, yes!!!!!), z dużym zainteresowaniem wertuje swoje książeczki, lubi, gdy mu czytam. Na ogół jest w bardzo dobrym humorze, jedyny kryzys, który pamiętam miał zaraz po Nowym Roku, w związku z zębami i trzydniówką stracił apetyt i był jęczącą marudą. Jakby ktoś go podmienił. Po kilku dniach odzyskaliśmy nasze słoneczko.

Wieczorem nie chce iść spać, dopóki bracia są na chodzie. Muszę go oszukiwać (co mnie nieco żenuje), gasić światła w całym domu i udawać, że ja też już idę spać. Choć czasami nawet nie udaję, bo zdarza się, że jak już z nim zalegnę, to nie wstanę.

W ogóle weszłam na nowy poziom macierzyńskiego zmęczenia, nieznany mi z czasów maleńkości Piotrusia i Michasia: jeśli zdarzyło mi się przysnąć, usypiając ich, to wstawałam po godzinie, ogarniałam dom, siebie i dopiero kładłam się spać. Kiedy padnę z Wojtusiem (i nie ma różnicy, czy jest to 21.00 czy 22.30), to śpię do rana w pełnym rynsztunku.

Wojtuś jest sakramencko twardy, np. dziś – wstał po 7.00, spał między 12.15 a 12.30, po czym wieczorem padł dopiero o 22.00. Próbuję kłaść go wcześniej, ale jeśli nie ma na to ochoty, to nie zaśnie, będzie wrzeszczał tak długo, aż się porzyga (sprawdzone), a oka nie zmruży.

Obecnie z pasją patroszy szafki i szuflady, otwiera, wywleka, rozwłóczy. Zdarza się, że już o 7.00 rano dom wygląda jak po przejściu trąby powietrzne. Najlepiej byłoby nie sprzątać do wieczora, ale nie mogę cały dzień potykać się o hałdy rzeczy. Zdążyłam zapomnieć, jak potwornie jest to upierdliwy etap, jak męczące jest wynoszenie delikwenta z kuchni po raz 378, jak nic się nie da zrobić, bo od razu jest, też chce i wrzeszczy. Niczego przy nim nie upiekę, bo natychmiast jest przy piekarniku i przestawia czas oraz temperaturę.

Ciągle jest dzieckiem wolnego chowu, ale jestem coraz bliższa przejścia na chów klatkowy i chyba jednak przyniosę łóżeczko z piwnicy. Co prawda nie wiem, czy nie rozwali go, bo w krzesełku do karmienia całkiem sprawnie przemieszcza się po pokoju metodą energicznego kołysania się do przodu i do tyłu.

Wie, jak sprawić, żeby kobieta krzyczała jeszcze długo po: po jedzeniu wyciera się w firankę.

Lubi bawić się w „gdzie jest Wojtuś, nie ma, nie ma, akuku!” i gwiżdże na wszystkie zakazy: tylko patrzy, czy widzę, że znowu odsuwa szufladę z kablami i z chytrym uśmieszkiem dobiera się do zawartości. Jedynym zabezpieczeniem, które działało w czasach starszych chłopców (i doskonale zabezpieczało zawartość szuflad również przed nami…) była pajęczyna z gumek do weków. Jak tylko śniegi nieco stopnieją, udam się do cywilizacji poczynić stosowne zakupy.

Uwielbia towarzystwo braci, którzy czasami vice versa, a czasami (coraz częściej…) zamykają się przed nim w swoim pokoju. Na hasło „pozbierajcie drobne klocki, żeby Wojtek mógł do was wejść”, jedyną odpowiedzią jest trzaśnięcie drzwiami. W sumie słusznie, na pewno tak jest szybciej.

Wojtusiu, rośnij nam zdrowo i radośnie, perełko nasza :-)

————————————————————————————–
A jaka jestem jako matka trzeciego dziecka? Pioruńsko zmęczona, rozmemłana i poirytowana, a jednocześnie zdecydowana na poczynienie zmian w życiu, na większy krok w stronę tzw. kariery zawodowej. Nie, żeby od razu żłobek i etat na 10 godzin dziennie, nie, nie, ale czuję rosnącą  potrzebę zaopiekowania się samą sobą i zajęcia się swoimi sprawami.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Śliniak – mała wielka rzecz

07 lut

Śliniaczek to najmniej spektakularna część dziecięcej garderoby, zawsze na pierwszej linii frontu, zawsze poplamiony i sponiewierany. Ale dobry śliniak jest niezastąpiony jak bystry sierżant od logistyki*.

Można kupić komplety niedużych uroczych śliniaczków, każdy na jeden dzień tygodnia. Chronią ubranko przed przemoczeniem lejącą się z ząbkującego dzioba śliną, ale średnio nadają się w trakcie jedzenia stałych posiłków.

Bardzo praktyczne są śliniaki foliowe lub plastikowe z kieszonką, ale mam opory przez zakładaniem ich dziecku, sama nie chciałabym mieć na sobie plastiku, sztywnego przy szyi, sztucznego na piersiach.

Mam kilka śliniaków z froty, zakładanych przez głowę, są większe, przyjemne w dotyku, ale nadają się do wymiany już w trakcie posiłku, bo wszystkie płyny przelatują na ubranko.

Czymś pośrednim są takie z folią na wierzchu a frotą pod spodem, ale dla mnie to wciąż folia.

I wreszcie trafiłam na śliniak życia. Duży, puchaty – bo z lekkim wypełnieniem między dwiema warstwami bawełny, więc łatwo nie przemaka, jest fajnie pomyślany i uszyty bardzo starannie. Jest już po pierwszym praniu i nic się nie popruło, wystarczy przeprasować i wygląda jak nowy. Jest dwustronny, więc jak znudzą nam się sowy, to odwracamy i mamy inną menażerię. Bardzo polecam, kupiłam go u Joasi.

sliniak1
sliniak2

Pierwsze zęby – pierwszy raz na fotografii :-)

————————————————————————————————
*Czytam „Misjonarzy z Dywanowa”, stąd tyle militarnych porównań :-)

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii rodzina

 
 

  • RSS