Huba i glizdy na dobranoc

Wieczór. Ta magiczna pora, gdy czuję, że mam łeb jak sklep i toczy mnie pragnienie zarycia nosem we własną poduszkę. Tymczasem poradniki radzą: Nie żałuj wieczorem czasu dla dziecka, to bardzo ważna pora dla was obojga, w spokojnej atmosferze możecie porozmawić, podsumować dzień, opowiedzieć sobie o tym, co się wydarzyło, poprzytulać się, pobyć ze sobą.

Nim zachwycicie się wizją pełnych czułości chwil o zmroku, zwróćcie uwagę, że kluczem do sukcesu jest tutaj słowo „obojga”. Jeśli uczestników wieczoru jest już troje, to można od razu dać sobie spokój. Ale próbować zawsze można. I tak pewnego wieczoru...

- Mamo – pociagnał nosem Piotruś – nie lubię mojej szkoły.

Ups, szykuje się grubsza sprawa, westchnęłam w duchu i całą postawą [leżącą obok syna] dałam wyraz, że słucham go z uwagą. Werbalny komunikat „Dlaczego synku?” został zagłuszony przez krzyk z sąsiedniego łóżka:

- Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę!
- Jutro dam, dziś myłeś już zęby, dobranoc – odparłam spokojnie i nawet udało mi się uniknąć słowa NIE.

Dumna z siebie skupiłam się na starszym synu:

- Dlaczego nie lubisz swojej szkoły?
- Bo jakbym chodził do nowej, to by....
- Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! Daj mi glizdę! - wołanie z sąsiedniego łóżka było już o ton wyższe.
- Jutro Michasiu, śpij teraz, za chwilę przyjdę do Ciebie, tylko porozmawiam z Piotrusiem.
- ...to by pod parapetami nie rosła hu...
- Mamusiu kochana, bardzo proszę, daj mi glizdę! - Młodszy próbował wziąć mnie na maniery.
- Michasiu, jutro po śniadaniu dostaniesz dwie glizdy – obiecałam wspaniałomyślnie – Co Piotrusiu rośnie pod parapetami?
- NIE JUTRO!!! DZIŚ!!!! DAJ MI GLIZDĘ!!!!
- Huba mamo!
- Jaka huba, synu! Huba to jest grzyb, który rośnie na pniu – wyrecytowałam słowa harcerskiej piosenki.
- CHCĘ GLIZDĘ! CHCĘ GLIZDĘ! CHCĘ GLIZDĘ! CHCĘ GLIZDĘ!
- To może być grzyb od wilgoci, ale na pewno nie huba.
- PROSZĘ! PROSZĘ! PROSZĘ! PROSZĘ! PROSZĘ! PROSZĘ! PROSZĘ!
- NIE DOSTANIESZ GLIZDY I KONIEC!! - ryknęłam i ja.

Magię wieczoru, wyciszenie i ukojenie diabli wzięli. Ale też dzięki podniesionemu w ten sposób ciśnieniu mogłam zająć się czymś pożytecznym, zamiast głupio przespać wieczór.

Tagi: dzieci, codzienność, dialogi, piotruś, michać
2012-01-29 00:19:19 skomentuj (3)

Jestem wredna i rzucam mięsem

Była pora wieczornego obrządku, a ja stałam oparta o parapet i gapiłam się na parę, która wysiadła z czerwonego garbusa i miała problem z domknięciem bagażnika. Kierowca zamykał auto, ono błyskało wszystkimi światłami, rozjaśniając noc na biało-pomarańczowo, a potem sprawdzał klapę bagażnika, która otwierała się. Zatrzaskiwali bagażnik, zamykali auto, sprawdzali klapę, klapa podnosiła się. I tak kilka razy, aż wpadli na to, żeby opuścić półkę nad bagażnikiem i w końcu spokojnie poszli w ciemność. Rozmyślałam nad tym, że śliczne autko, zawsze chciałam mieć garbusa, tylko po co mi takie małe. Odkąd jeżdżę kombiakiem, w mniejszych czuję się jak w puszce z groszkiem. 

- Kochanie, ostatnio przechodzisz samą siebie – powiedział Mąż, wchodząc do pokoju.

Westchnęłam boleśnie, aż szyba zaparowała. To prawda, sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Kilka minut wcześniej asystowałam Piotrusiowi w kąpieli, a Michał, mimo napomnień, wyrzucał na podłogę zawartość szafki. Jak rozsypał moje waciki i wkładki higieniczne, rycząc wściekle wywaliłam go z łazienki. Nie był to mój pierwszy tego wieczoru łazienkowy ryk, najpierw nawrzeszczałam na Piotrusia, bo upchnął w koszu na pranie mokre ciuchy. Mąż pospieszył z odsieczą, trudno tylko powiedzieć czy dzieciom, czy mnie, jednak ostatecznie wszystkim nam to wyszło na dobre: ja poszłam się pogapić przez okno, a dzieci poszły spać z kompletem kończyn dolnych.

Wkurzają mnie te moje dzieci niemiłosiernie, wpieprza mnie, że nie słuchają, co się do nich mówi, że rozwalą zabawki i nie chcą sprzątać, że Piotrek pyskuje i warczy, a Michał go naśladuje, że uciekają na podwórku, że Michał co trzy minuty zmienia zdanie, że zrzucają książki z półki... Jak słyszę JEBUT! z małego pokoju, to już ręce zaczynają mi latać, a na widok książek leżących na podłodze, wygarniętych jednym ruchem z półki, na której osobiście je układałam dwa dni temu, wpadam w furię, wrzeszczę i miotam się. Przyniosą do dużego pokoju całe pudło klocków, rozsypią drobne elementy na dywanie, za chwilę przywloką następne zabawki i następne... Sto raz mówiłam: najpierw składamy jedno, potem przynosimy drugie – gadaj zdrowa! Ładnie bawią się tylko wtedy, kiedy siedzę z nimi i robimy coś razem. Ale nie zawsze (czytaj: coraz rzadziej) chce mi się z nimi układać klocki. Po to jeden z drugim ma brata, żeby bawili się razem, a nie dręczyli matkę, psiakrew!

Naprawdę nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. Od lat jestem wierna teorii, że jak matka się wścieka na dzieci, to najczęściej powód nie leży w dzieciach, ale w okolicznościach zewnętrznych. No ale jakie ja mam powody, żeby tak się wściekać? Żadnych problemów zawodowych ani rodzinnych, z Mężem układa się ostatnio bardzo dobrze, co prawda lenia mam strasznego i idę po linii najmniejszego oporu, powinnam się kopnąć w dupę i wziąć ostro do roboty, ale czy to jest powód, żeby tak się zachowywać? Z jednej strony jestem flakiem,  a z drugiej wpadam w furię z byle powodu.

Gdybym pracowicie wykorzystała zmarnowany czas, to bym już ze 400 stron napisała! Ale nie chce mi się strasznie, mam gigantycznego lenia, a na dodatek nie mogę się porządnie rozpędzić, bo jak coś zaplanuję, to zaraz któreś dziecko zachoruje, a z chorym dzieckiem w domu to gówno można zrobić.

A może to jednak życie zawodowe mi tak dojada? Zawsze praca Męża była ważniejsza, bo lepiej opłacana, czysta ekonomia podpowiada, żeby się zająć zapleczem i umożliwić mu zarabianie w spokoju. I zajmuję się, ale chyba to mnie coraz bardziej frustruje. Mąż oddaje się dzieciom i sprawom domowym w miarę możliwości, ja zajmuję się tym kieratem w zależności od potrzeb, które się pojawiają – a jak wiadomo, one się mnożą i rozpełzają i bez perfekcyjnej logistyki oraz przeznaczenia na to 2/3 doby nie podołasz. Gdybym nie była taka ambitna i gdyby nie ta cholerna emancypacja, siedziałabym sobie jako żona przy mężu, po sklepach łaziła, ugotowała, wyprała, zacerowała i była szczęśliwa, a tak to się miotam między samospełnieniem a zaspokojeniem potrzeb wszystkich dokoła. Oooo, spełnienia zawodowego się zachciewa! I to jeszcze za dnia! Jakbym nie mogła się realizować twórczo po 22.00, jak już uśpię, wyprasuję, wysprzątam, itd.

To jest straszne, ale stałam się nudną, ględzącą babą, którą można znienawidzić, bo rano zdziera z łóżek, pogania, po południu zagania do lekcji, niemalże z bata trzaskając, wrzeszczy, jak się dziateczki radośnie bawią, nie pozwala wyżerać nutelli palcami prosto ze słoika, każe wytrzeć nos, zabrania rozkładania kabli pod nogami itd., itd. 

Weekendy są ciężkie, jedyny jasny punkt minionego to sobotnia godzina, gdy Mąż zabrał ich na sanki. Poprzedni weekend miał takie punkty dwa: najpierw w sobotę, gdy poszli we trzech do McDonalda, a drugi w niedzielę, gdy poszli na sanki. W tygodniu z kolei poranne pobudki i zadania domowe. Gdybym miała wskazać, co wolę, to byłby to wybór między dżumą a cholerą.

Nie piszcie mi, że jestem głupia i nie wiem, co to prawdziwe problemy, bo zdaję sobie z tego sprawę. Pewnie się w końcu zbiorę do kupy, ale na razie tkwię w umysłowej smole i tylko z dnia na dzień robię się bardziej jędzowata.

Niech mnie ktoś przytuuuuuuliiiii!


Tagi: dzieci, praca, codzienność, mąż
2012-01-23 23:33:40 skomentuj (54)

Zapiski z minionego roku

Odnalazłam w notesie kilka anegdotek z roku 2011, którymi jeszcze nie zdążyłam się z Wami podzielić. Oto one:

Mężowi bardzo chce się spać, ziewa straszliwie.

- Piotrusiu, idź już do łóżka, bo zaraz cię połknę – ostrzega lojalnie.
- Ale pamiętaj tatusiu, jak mnie połkniesz, to będę ci gadać w brzuchu i będę cię łaskotać palcami po jelitach!

***

Mąż obiecał Piotrusiowi, że będę razem izolować kable. Akcja odsuwa się dzień po dniu. W końcu zirytowany Piotrek mówi:

- Mieliśmy izolowac kabelki. I co tatusiu? Jest to w twojej głowie? Chyba nie. Chyba masz to w tyłku!

***

Mąż robi porządek w portfelu i wyjmuje m.in. kupon z BP na darmową kawę.

- Gratuluję ci tatusiu, jeszcze nikt z nas nie dostał kuponu na darmową kawę na stacji! - emocjonuje się Piotruś.
- Synku, to ściemia – brutalnie ściągam go na ziemię – nic nie dają za darmo, jak coś jest gratis, to znaczy, że jest dobrze wkalkulowane w cenę.
- Wiesz co? - Piotruś spogląda na mnie z wyrzutem – ale rozczarowałaś tatusia!

***

Latem 2011 Piotruś, patrząc miłośnie w oczy matki i ojca, wykonał improwizowaną pieśń miłosną przy akompaniamencie gitary (czyli uderzał rytmiczne w kompletnie rozstrojone struny instrumentu, który nabyłam mając jakieś 13 lat od koleżanki i nigdy nie nauczyłam się grać). Ledwo zdążyłam zanotować słowa:

„Ja cię tak kocham
i nie przestanę cię kochać
do końca świata.
I jak wszyscy umrzemy,
będę cię kochał.

Ja cię kocham tak mocno,
że cię nie przestanę kochać
i w ogóle nie będzie
dla was żadnej smutnej spiosenki.
I zawsze będę was kochał,
bo ja was kocham tak mocno,
że nigdy nie przestanę was kochać.

Bo ja was kocham tak mocno
jesteście tacy kochani
Jesteście najlepsi.
Bo ja was tak kocham
aż się ziemia zatrzęsie.

Bo kocham was tak mocno
że chodzicie ze mną do sklepu
i tak często mi pozwalacie
coś sobie kupić.

A w nowym domu
chciałbym najlepszy pokój
i magnetofon.

Bo ja was kocham tak mocno
że nie przestanę was kochać
do końca swiata”.

Ostatnie trzy zwrotki sprawiły, że popłakałam się ze śmiechu, co szczęśliwie można było zinterpretować jako łzy wzruszenia.

Tagi: dzieci, codzienność, dialogi, mąż, piotruś
2012-01-22 21:25:07 skomentuj (7)

Mieszczuchy pełną gębą

Jestem chłopską wnuczką, Mąż – gospodarskim synem. A nasze dzieci to klasyczne mieszczuchy, naśmiewałam się z takich mając kilka lat. Prawdziwą wieś widzieli dwa razy w życiu, kiedy latem 2010 i latem 2011 spędzili po dwa dni pod Tuchowem, u rodziców mojej koleżanki ze studiów. Próbowałam wtedy nauczyć ich przynajmniej podstaw, czyli rozróżniania gatunków zbóż.

- Piotrusiu, co tu rośnie? - wskazałam łan pszenicy.
- Zboże.
- A konkretnie?
- Buraki.

Jeszcze gorzej jest z rozróżnianiem sprzętów używanych w gospodarstwie. Wrócił Michał z jasełek i opowiadał  przejęty:

- I był tam taki diabeł i miał czerwone grabie!

Tagi: dzieci, codzienność, dialogi, piotruś, michaś
2012-01-19 22:17:46 skomentuj (9)

Na stoku

- Dzieci, zjedzcie zupę, to pójdziemy na sanki. Dzieci, zjedzcie zupę, to pójdziemy na sanki. Dzieci, zjedzcie zupę, to pójdziemy na sanki. Dzieci, zjedzcie zupę... - mantrowałam znad pożywnej strawy, wzbogaconej boczkiem pokrojonym w kostkę i podsmażonym na patelni.

Dzieci miały to głęboko w de, śmiały się, kiwały na krzesłach, przerzucały żarcikami, a zupa stygła.

- Nie smakuje – krótko i ze wstrętem na buźce oznajmił Piotruś, bez próbowania, a jakże.
- Mnie też nie smakuje – odpowiedział Echo Michał, który poprzednim razem był skłonny zjeść tę zupę razem z garnkiem i chochelką.  

Wywleczenie głodnych dzieci na mróz nie wchodziło w grę, zatem wkurzona co nieco zabrałam się za szykowanie drugiego dania, które planowałam podać na rozgrzewkę po białym szaleństwie. Zanim obrałam, ugotowałam, usmażyłam i dzieci zjadły, zaczęło się ściemniać. Zanim się ubrali, ciemności kryły ziemię.

- Teraz wychodzicie? Po ciemku? - zdziwił się Mąż.
- Latarnie świecą, a śnieg jest biały – odwarknęłam nieuprzejmie, bo byłam świeżo po szukaniu kluczy od piwnicy („Piotrusiu, nie bierz kluczy z haczyka, bo zginą i nie dostaniemy się do sanek. Piotrusiu, słyszysz co mówię? Piotrusiu, gdzie położyłeś klucze?...”)

Poszliśmy. Latarnie z sąsiedniego osiedla oświetlały lokalny stok, czyli kawałek niezabudowanej (jeszcze) górki z doskonale wyślizganą ścieżką. Dzieci bawiły się doskonale. Piotruś świetnie opanował jazdę na sankach, ale hamowania już nie, skutkiem czego wpadł rozpędzony centralnie w małe dziecko, stojące z mamą u podnóża górki. Ryczeli obaj, maluch i pierwszoklasista. Później już obyło się bez wypadków, sanki z Piotrusiem miękko lądowały w chaszczach. Michaś poderwał dziewczynę z najlepszym sprzętem na górce: miała łyżwosanki z kierownicą i dwa razy pozwoliła mu zjechać! A tak ją zbajerował, że sama mu te łyżwosanki wyciągała na górkę, pomagała mu się usadowić i leciała za nim na dół. Ten to zbałamuci każdą.

W pewnym momencie na szczycie górki pojawiło się ostre światło.

- Skuter, skuter! - wołały dzieci, a matki jak kwoki zbierały stadka pod skrzydłami, licho wie, kto to jedzie i czym, na pewno młodzież nieodpowiedzialna, tutaj, tutaj do mnie, Piotrusiu, Michasiu, Asiu, Kacperku, gdakałyśmyy zaniepokojone. Światło się zbliżało, ale nie było słychać silnika, światło jest szybsze niż dźwięk, ale żeby aż tak? Jest coraz bliżej, tuż obok,podskakuje na wybojach, trzymam dzieci za kaptury... W dół schodzi szybkim krokiem młody facet z latarką.

Przytupywałam sobie konwersując z koleżanką i roztaczałam przed nią wizję przyjemnej oszklonej kafejki, w której serwują rozgrzewające napoje, a my doglądamy hasającej na stoku dziatwy znad parujących szklanek, w aromacie goździków i pomarańczy.  Ech!...

Wizja nie chciała się zmaterializować, po jakimś czasie poczułam, że zamarzam. Zgoniłyśmy hałastrę, tak mi się spieszyło, że nawet ciągnęłam ich obydwu na sankach (dobrze, że było z górki), dobrnęliśmy do domu, przez domofon poprosiłam Męża o coś rozgrzewającego („Grzyj grzyńca”, wymamrotałam skostniałymi usty, gdyż ledwie co ruszałam szczęką), odmarzałam, karmiąc i myjąc dzieci, a potem jak położyłam się z nimi przed 20.00, to o 21.00 wstałam tylko po to, żeby pójść do swojego łóżka, a o 22.00 wstałam ponownie, żeby się rozebrać.

Rankiem zerwałam się o 6.00 jak skowronek i nawet byłam w stanie podśpiewywać, z kolei dzieci obudzone o 7.00 jak zwykle wykazywały znikomy entuzjazm. Z tego wniosek, że jak się matko wywietrzysz i wymrozisz, to się wyśpisz, a dzieci to już niekoniecznie.

Tagi: dzieci, zima, codzienność, piotruś, michaś
2012-01-17 22:09:31 skomentuj (9)

Kazanie z czapką

Każda niedzielna Msza w towarzystwie naszych ukochanych synków upływa nam średnio pobożnie. Piotruś, jeśli idzie do kościoła tylko z nami-rodzicami, jest w zasadzie bardzo spokojny i przykładnie uczestniczy w obrzędach, ale kiedy idziemy we czwórkę i zabraniam mu brykać radośnie z bratem, obraża się, siedzi przy mnie naburmuszony i marudzi, że nudno.

Tak było i w ostatnią niedzielę. Piotruś siedział jak chmura gradowa, a Michaś hasał przed ołtarzem, hojnie rozdzielając słodkie uśmiechy gapiącej się publiczności i wchodząc w kontakt fizyczny z postaciami w szopce: usiadł na leżącej krowie, poklepał baranka po grzbiecie i pasterza po łysinie, a po chwili zaczął się przepychać do środka, w stronę Dzieciątka. Jako że owieczki zachwiały się niebezpiecznie, rzuciłam co miałam w rękach (kurtkę Michała, sześć rękawiczek, dwie czapki i torebkę – następnym razem wezmę wielką torbę, do której to wszystko włożę) i wyciągnęłam syna z szopki. Rzucałam się tak jeszcze kilka razy, bo Dzieciątko miało magnetyczną moc. Czytania mszalne przeczytałam sobie w domu, bo dosłyszałam po jednym zdaniu z każdego.

A potem było kazanie. Przed ołtarzem pojawił się pastuszek z białą brodą i okrągłym brzuszkiem, który okazał się być panem Hilarym, ksiądz czytał wiersz, a chłopiec inscenizował. Następnie, w związku z niedzielną ewangelią, ksiądz podjął temat gubienia różnych rzeczy i pytał dzieci, co zgubiły.

- Zgubiłem czapkę – wyznał do mikrofonu Michał.

Następnie ksiądz wziął na tapetę kwestię odnajdywania: co trzeba zrobić, żeby znaleźć zagubioną rzecz. Michał się zgłosił, ksiądz podsunął mu mikrofon.

- Ale na szczęście miałem drugą, z pomponem.

Ksiądz zgrabnie przeszedł do szukania i odnajdywania Pana Jezusa, a Michał wyrwał mi z ręki swoją czapkę z pomponem i wrócił do ołtarza.

- W jaki sposób możemy szukać Pana Jezusa? - zapytał ksiądz, Michał podniósł rękę.
- To jest ta czapka z pomponem – zaprezentował.

Michał konsekwentnie dąży do celu, jak coś zacznie, to musi skończyć, bez względu na okoliczności.

Tagi: dzieci, codzienność, piotruś, michaś
2012-01-17 09:11:20 skomentuj (7)

Lepiej, ale to jeszcze nie to

Kolejny dzień z cyklu „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”.

Najpierw, zaraz po wyjściu z domu, Piotruś przebiegł przez trawnik, o centymetry mijając kupę, w którą wczoraj wlazł Michał.

Następnie Michał, który zazwyczaj nie chce wyjść z samochodu pod domem, tym razem nie chciał wysiąść pod szkołą. Jako że była 7.50, a Piotruś i Olga, którą rano zawozimy do szkoły, zaczynają lekcje o 8.00, czas na negocjacje był bardzo ograniczony. Z pewnym trudem opanowałam chęć wywleczenia go za bety (powstrzymała mnie myśl, że jeśli teraz będę go wlec, to co mu zrobię po południu?) i zastosowałam chwyt taktyczny:

- Przecież wziąłeś autko, żeby pokazać kolegom, tak?
- No tak – przypomniał sobie Michał – ale tylko im pokażę i wracamy do samochodu.

Mruknęłam pod nosem coś, co mógł sobie zinterpretować dowolnie i poszliśmy w stronę szkoły. Przed bramą zauważył, że zbliża się charakterystyczny fiat a w nim ukochany kolega Tomek. Michał stanął i stoi, czeka na Tomka. Chodnik wąski, blokujemy przejście, a on się nie ruszy. Piotruś z Olgą zniknęli w drzwiach, a my stoimy jak te kołki. Apeluję, namawiam, przekonuję – zero reakcji. Nie mam siły go nosić, w zimowym rynsztunku chłopak waży prawie 20 kg, a poza tym wierzga wtedy i ryczy, więc nie dość, że przedstawienie robi, to jak mnie kopnie, to mu chyba oddam. Więc stoimy. W końcu Tomek dołącza do nas, też odprowadza brata do szkoły.

Wchodzimy do szkoły po paru minutach, a Piotruś jak usiadł na ławce – tak siedzi. Poganiam go, niemrawo zabiera się do zmiany obuwia.

- Zdejmij rękawiczki, będzie ci łatwiej – proponuję. I oddycham.

Za dwie ósma żegnam się z Piotrusiem w holu, idziemy razem z Tomkiem i jego tatą do przedszkola. W szatni Michał przypomina sobie nagle, że miał tylko pokazać kolegom autko i wracać do domu. Zbywam to wyniosłym milczeniem, więc dziecko manifestacyjnie pociąga nosem, po czym raźno wędruje do sali.

O 8.10 wychodzę z przedszkola. Jestem wolnym człowiekiem. Rzadko kiedy uderza mnie taka fala wolności jak rankiem na przedszkolnych schodach. Przystaję, żeby głębiej odetchnąć, a potem powoli idę w kierunku samochodu. Te kilka minut to mój czas, tylko dla mnie; idę, patrzę, słucham i oddycham. Z oddychaniem jest najgorzej, bo razem z chłodnym, ni to zimowym, ni to wiosennym powietrzem z nutą zgniłych liści wciągam gęsty aromat spalin. Patrzę na pokryty mchem murek obok przedszkola, usiadłabym na nim chętnie i zawiesiła się na chwilę między mnóstwem obowiązków i powinności, które już wyciągają do mnie ręce. Ale to za chwilę, teraz idę i patrzę na krzywy chodnik, na mokry asfalt, na drzewa z resztkami liści. Na przeciwko szkoły stoi słup ogłoszeniowy obklejony spłowiałymi plakatami z ostatnich wyborów. Twarze kandydatów są trupio sine. Wybory do parlamentu zombie, uuuu. Z naprzeciwka idzie rodzeństwo, chłopczyk i mała dziewczynka, albo się spóźniają, albo zaczynają lekcje później i idą do świetlicy. Po drugiej stronie przy samochodzie stoją rodzice M.: ona jak zawsze w eleganckich czerniach, on jakby właśnie wstał z łóżka, z nastroszoną czupryną. Ona dopala papierosa, wsiadają i odjeżdżają.

Dochodzę do samochodu, wsiadam, zapinam pas, przekręcam kluczyk w stacyjce. Koniec przerwy. Życie, przybywam!

Tagi: dzieci, szkoła, codzienność, przedszkole, piotruś, michaś
2012-01-12 10:53:08 skomentuj (22)


Suwaczek z babyboom.pl

Suwaczek z babyboom.pl