RSS
 

Gra w statki

16 wrz

Wczoraj wieczorem grałam z Michałem w statki. Gra obfitowała w niespodzianki, jak np. siedmiomasztowiec we flocie syna. Po skończonej bitwie morskiej zestawiliśmy nasze plansze. I dopiero się zdziwiliśmy!

Michał był zaskoczony, że na mojej planszy widnieje dokładne odwzorowanie jego. Ja z kolei przeżyłam szok, gdy zobaczyłam, jak wygląda moja w jego interpretacji. Szok tym większy, że Michał tę partię wygrał.

statki

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii rodzina

 

„Pani powiedziała” jako broń obosieczna

15 wrz

Znacie to, prawda? „Pani powiedziała”, więc to jest święte. Nic to, że matka wie lepiej. „Pani powiedziała”. Koniec dyskusji.

Można z tym walczyć, tylko że to nierówna walka.Pani powiedziała” ma moc dogmatu. Więc po co kopać się z koniem? Lepiej wykorzystać do własnych celów.

Mam problem z piciem moich dzieci. Nie no, co Wy, nie takim piciem. Zwyczajnie, nie chcą pić wody ani kompotów. Jedyne zdrowe, co im wchodzi, to malinowe soki babcinej produkcji rozrabiane z wodą. A najchętniej piliby wszystkie chemiczne świństwa, syropy glukozowo-cośtam, kolorowe płyny z kartonów, aromatyzowane i barwione płyny z butelek.

Kiedy jest gorąco, biegają, muszą pić. Dam do szkoły wodę, to przyniesie butelkę ledwo napoczętą. Ustaliliśmy, że dwa razy w tygodniu słodkie picie, ale trzy razy woda. Kiwają głowami, że ok, a potem znowu – jak słodkie, to wypite do ostatniej kropli, jak woda, to wraca do domu. Próbowałam różnych trików, sami wybierają wody w małych butelkach, z dzióbkiem, z kotkiem, z czymś tam na butelce – nie pomaga. Jeśli nie kupuję tzw. soczków, napojów, nektarów i innych, w domu jest tylko woda – to piją jak ptaszynki, dwie kropelki i już napojeni.

Na zebraniu Michasia pani zwróciła uwagę, że dzieci przynoszą za dużo słodyczy i żeby rodzice zwrócili uwagę na skład napojów, które dają dzieciom. I ona poleca wodę, ostatecznie wodę z domowym sokiem.

- Michasiu, do szkoły dostajesz dziś wodę – rzekłam następnego ranka.
- Ale ja chcę soczek… – zaczął Michał tupiąc ze złości.
- Ale PANI POWIEDZIAŁA! – ubiegłam wybuch – pani powiedziała wczoraj na zebraniu, że macie przynosić do szkoły wodę.

I Michał bez słowa zapakował do tornistra butelkę mineralnej.

HA!

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii rodzina

 

Tajemnice szkolnego tornistra

12 wrz

Co dodatkowego nosiliście w tornistrach? Jakie przedmioty zbędne a ciężkie noszą Wasze dzieci?

W dyskusji na FB zeszliśmy na zeszyty, znane pod nazwą „Złote myśli” lub „Pele-mele” w zależności od regionu, obowiązkowy element wyposażenia szkolnej teczki w czasach mojej podstawówki. O najdziwniejszych rzeczach znajdowanych w tornistrach piszę w Onecie. Zapraszam serdecznie.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wpis szafiarsko-dziergany czyli mój drugi szalik

11 wrz

Pierwszy wydziergałam dzięki Monice, z którą mieszkałam w 2002 r. przy Miłkowskiego. Monia pokazała mi kapitalny ścieg na drutach, w wyniku czego powstał czerwony, cieplutki i miękki szal, który mam do dzisiaj i zarzucam na ramiona w długie zimowe wieczory.

Tym razem dałam się porwać magii internetu. Zobaczyłam tutorial. Ten tutorial. Wszystko wyglądało tak łatwo, sympatycznie i zachęcająco, że już po tygodniu wybrałam się do mojej ulubionej pasmanterii na Ruczaju, gdzie zaopatrzyłam się w 200 g cudownie mięciutkiej włóczki (włóczkę na pierwszy szal też tam kupowałam! Wygląda na to, że to moja ulubiona pasmanteria od 12 lat).

robotka1
Pozostawało już tylko poczekać, aż dzieci zasną, szczególnie to, które potrzebuje moich dwóch rąk. Zasnęło. Ruszyłam do akcji. Postawiłam laptop na stole i metodą pauzowania i cofania ustaliłam, jak zacząć robótkę. Następnie zaplątałam się i trafił mnie szlag.

robotka2
Uświadomiłam sobie, że wszak mój zapał do robótek ręcznych znacznie przerasta umiejętności. Przed oczami przeleciały mi wszystkie moje niedokończone robótki: sweter w odważnej kolorystyce miodowo-szafirowej, który założyłam raz i sprułam, bo rękawy mu odpadały, sweterek z delikatnej anilany, który na wieki pozostał na etapie połowy pleców, sweterki dla Piotrusia, które dziergałam z maniackim uporem w ciąży, a po narodzinach syneczka okazały się kompletnie niewymiarowe (rękawy były dwa razy za długie, a potem jakoś nagle stały się dwa razy za krótkie), obrus, który dziergałam w ciąży z Wojtusiem, zwinięty w reklamówce i wstydliwie upchnięty za doniczką w sypialni…. Zacisnęłam zęby, odpędziłam zjawy wspomnieniem kilku ukończonych dzieł (sweterek i sukienka na szydełku, dla uproszczenia wykonane tym samym ściegiem, niebieska bluzeczka powyżej pępka i z wieeelkim dekoltem, którym epatowałam w mój wieczór panieński, czerwona bluzeczka odsłaniająca nery) i wróciłam do robótki.

Jak już się odplątałam, cofnęłam film do początku i zaczęłam ponownie. Następnie okazało się, że zostawiłam sobie za krótką nitkę. Sprułam ponownie, zostawiłam dłuższą nitkę. Przyszło mi do głowy, żeby przeliczyć ilość oczek na filmie. Przeliczyłam. Sprułam. I tak jeszcze kilka razy.

A potem już poszło. Rach-ciach, dwadzieścia minut i dowiązywałam drugie motki do pierwszych (miałam 4 po 50 g). W sumie dziergałam ok. 40 minut (odliczając czas na prucie, rozplątywanie i rzucanie inwektywami). Potem już „tylko” zakończyć (znowu sobie przypomniałam, że rozpoczynanie i zakończanie to nie jest mój ulubiony moment). Namnożyło mi się tych nitek, nie wiedziałam, co z czym, ale ostatecznie udało się uzyskać komin.

Jak widać, tego z tutorialu nijak nie przypomina. Ścieg jest dużo luźniejszy, nie wiem, z czego to wynika. Jak już dotrę do pasmanterii, to zapytam pracujące tam panie, w robótkach ręcznych bardzo doświadczone, co zrobiłam źle. Wydaje mi się, że nie mogłam bardziej ściskać, bo nie dałabym rady przekładać z ręki na rękę, ale może się mylę.

robotka3
Sesja zdjęciowa miała być w plenerze (jadąc po chłopców oprócz Wojtusia targałam jeszcze aparat i szalik), ale pogoda pokrzyżowała mi szyki i w charakterze tła musiała wystąpić ściana. Bluzka, którą mam na sobie, na żywo wygląda na pomarańczową, ale jak widać jest to zupełnie inny odcień niż w szaliku. Na zdjęciach szalik mam owinięty wokół szyi dwa razy i trzy razy, na cieplejszy dzień i na siarczyste mrozy.

robotka4

robotka5

robotka7

robotka6

No i dumna jestem z siebie jak nie wiem i jeszcze sobie czapkę wydziergam do kompletu, a co! :-)

A największy komplement usłyszałam od moich synków: też chcą mieć takie szaliki i czapki.

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Michaś u progu szkolnej przygody

09 wrz

Gdyby Michał poszedł do szkoły jako sześciolatek, w tej chwili nadawałabym do Was z kompleksu sanatoryjnego w pobliskim Kobierzynie. A tak to tylko wiadro melisy trzy razy dziennie i do przodu.

Wreszcie zaczął przynosić do domu zadania domowe. Najpierw chodził i jęczał, że nie ma nic na zadanie i kiedy będzie zadanie i on chciałby odrabiać zadania, a gdy się zaczęło, to robi je rach-ciach, niestarannie, byle szybciej i jeszcze jęczy, że to takie nudne (jak nie ma być nudne, skoro takie rzeczy robił przez dwa lata z rzędu w przedszkolnej zerówce, z całego serca dziękuję ci rządzie nasz za tę wspaniałą reformę, niech ją szlag trafi). A kiedy zwrócę mu uwagę, że praca wykonana jest byle jak, to się obraża, bo przecież „starałem się!” Obrażony i wściekły manifestacyjnie opuszcza stanowisko pracy i wychodzi z pokoju.

Aż się trzęsę, żeby pobiec za nim, przywlec za kołnierz i przykuć łańcuchem do stołu, ale oddycham, odliczam i jakoś się rozchodzi. Po jakimś czasie ogłaszam, że kto skończył lekcje, może wyjść na podwórko, więc przybiega truchtem i kończy zadanie, równie niestarannie jak przedtem.

Założyłam, że mam to w de, niech go pani poprawia i ustawia. Dzięki temu założeniu może jakoś przetrwam najbliższe tygodnie.

Zeznaje zasmucony, że w szkole był niegrzeczny i pani go upominała wiele razy. Na przykład za to, że jak się lekcja zaczęła, to bawił się gąbkami do tablicy, udawał, że to są rybki i topił je w misce. Oraz za to, że gadają z Tomkiem na lekcji. Pocieszaliśmy go z Piotrusiem, żeby się nie martwił i wspominaliśmy, jak Piotruś spędził pierwsze dwa tygodnie w szkole na temperowaniu kredek i przechadzkach na trasie ławka-kosz na śmieci.

Ale za to angielski!…

- Miałem dzisiaj super dzień! – opowiadał przejęty, kiedy wczoraj wracaliśmy z księgarni, w której wreszcie kupiliśmy właściwe ćwiczenia do religii – na angielskim powiedziałem panu Wojtkowi, że mam braciszka Wojtka i pan Wojtek się strasznie ucieszył, powiedział, że to takie fajne, popularne imię i tak się strasznie ucieszył, że włączył nam bajkę. Już trzeci raz tę samą bajkę nam włączył!
- Trzeci raz? Eeee… A o czym ta bajka była?
- O chłopczyku, który dostał laptopa i przyszła dziewczynka i razem grali, aż z tego laptopa wyszedł smok.
- I to wszystko?
- Nie, potem jeszcze rozmawiali i rozmawiali i rozmawiali…
- A o czym rozmawiali?
- Nie wiem, bo rozmawiali po angielsku.
- I pan wam nie przetłumaczył?
- No nie.

Poczułam w stopach mrowienie, by biec na rozmowę z panem Wojtkiem, ale chwilowo powstrzymałam się. Dam mu szansę.

Towarzysko Michaś w szkole odnajduje się doskonale. Siedzi w ławce z ulubionym przedszkolnym kolegą Tomkiem i został wybrany na przewodniczącego klasy.

- Sam się zgłosiłem i prawie wszyscy na mnie głosowali! – opowiadał podekscytowany.

Dziś był dzień zebrań w pierwszych klasach. Pani Michasia jest osobą barwną i z wizją. Wyznała nam, iż marzy, by dzieci wspominały ten początek szkolnej przygody jako najpiękniejszą rzecz w życiu. Też bym sobie tego życzyła, ale że nowicjuszką w roli matki pierwszaka nie jestem, to doświadczenie sprowadza mnie na ziemię. Z kolei była wychowawczyni Piotrusia pocieszała mamę znajomego chłopca, który nie jest specjalnie utalentowany plastycznie, żeby się nie martwiła, bo ona miała w klasie takiego Piotrusia, który zaczynał jak Filipek, a w trzeciej klasie pisał tak pięknie, że pokazywała jego zeszyty innym nauczycielom jako rzecz niebywałą. Sąsiadka skojarzyła, że chodzi o mojego syneczka, bo opowiadałam jej o tej niezwykłej przemianie bazgrzącego sześciolatka w kaligrafującego przepięknie ośmiolatka. Piotruś, rzecz jasna, spuchł z dumy.

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii rodzina

 

O najgłośniejszej książce ostatnich miesięcy

08 wrz

Nie jest to, niestety, żadna z moich książek (ale oczywiście wiary nie tracę i ducha nie gaszę!).

W Onecie piszę o „Naszym elementarzu”, który 1 września wzięłam do ręki i przekartkowałam. Szału nie ma, ale afery też nie ma o co robić. A jak Wam się podoba?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii rodzina

 

Wymienię Wojciecha na Stanisława

03 wrz

Z ostatniej chwili:  Zdobyłam Stanisława, a Wojciecha oddałam w dobre ręce.

***

W szale kupowania podręczników przez internet pomyliłam wydawnictwa.

Kupiłam Michasiwi do I klasy podręcznik do religii z wydawnictwa św. Wojciecha, a potrzebujemy św. Stanisława – tytuł ten sam, tak dla ułatwienia. Może ktoś pomylił się w drugą stronę? Chętnie się wymienię. Lub wyślę (koszt przesyłki biorę na siebie), jesli ktoś potrzebuje, żeby tylko mi na półce nie zalegał.

Ten mam do oddania:

katechizm

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii rodzina

 
 

  • RSS