RSS
 

Lipcu, gdzie pędzisz?!

27 lip

Mam ochotę wczepić się w lipiec pazurami, złapać za szmaty, przydusić własnym ciężarem i nie puścić. Bo gdzie on tak leci, no gdzie?! Lipiec to są wakacje i swoboda, odpoczynek i relaks, a sierpień, dojrzały i aromatyczny, to jednocześnie lato zmęczone i przykurzone, mające przedsmak jesieni i nieodłącznie związane z nerwowym kompletowaniem szkolnej wyprawki.

Nie, żebym zaznała szczególnie dużo wyżej wymienionych uroków lipca, ale świadomość, że za trzy dni będzie po nim, nie poprawia mi nastroju. Przygotowania do remontu mieszkania, czyli zwożenie pudeł i kartonów, pakowanie ich, przestawianie z miejsca na miejsce to też nie jest to, co pragnęłabym robić.

A czego pragnę? Spacerować po pustej plaży w świetle zachodzącego słońca i żeby morska bryza łagodnie pieściła moje opalone ramiona, okryte cienką, białą bluzką z rękawem ¾, którą, wykopaną przed wielu laty w ciucholandzie, trzymam w szafie tylko po to, żeby pewnego dnia przejść się w niej po plaży o zachodzie słońca. Sama. Z szumem fal jako jedynym odgłosem w tle.

Tak zrobię, kiedy pewnego dnia kupię sobie prywatną wyspę gdzieś na morzach południowych, a że w tej sprawie nie chcę kompromisów, to na razie ciułam na wyspę i pakuję pudła. I czuję wyraźną ulgę na myśl, że to drugie zabierze o wiele mniej czasu niż to pierwsze. Oto patent na osłodzenie sobie nudnej i ciężkiej roboty.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Pozdrowienia z Egiptu

24 lip

Gdy spojrzę w niebo, widzę bezchmurne i niebieskie, w odcieniu błękitu rozżarzonego ogromnym słońcem, które zdaje się być bliżej Ziemi niż zwykle. Każdy najleniwsze drgnienie powietrza parzy i  jawi się w nim coś jakby fatamorgana. Gdzie okiem sięgnę, tam piach, piach i piach. Temperatura wynosi chyba z 50 stopni.

- Jak w Egipcie! – odpowiadam na pytanie, jak tam żyjemy na trzecim piętrze.

Nie wiem, czy lepiej otworzyć okno, czy zamknąć, nie wiem, czy odkurzać piach, który dzieci systematycznie przynoszą z piaskownicy w butach i kieszeniach, czy poczekać, aż z powrotem wyniosą go na butach. Najchętniej wsadziłabym nas wszystkich do wanny z zimną wodą i siedziała tam do września, gdybyśmy nie mieli dziury w wannie.

Od lat nie spędzałam lata w mieście, starając się czmychnąć do rodziców najdalej tydzień po zakończeniu roku szkolnego. Gdybym miała wątpliwości co do sensu moich poczynań, w lipcu 2015 przekonałam się, iż były nad wyraz słuszne.

Lato w mieści to jest koszmar, horror i masakra.

Nawet Wojtuś, wielbiciel psów, na pytanie „Jak robi piesek?” nie odpowiada zwyczajowym pohaukiwaniem, tylko dyszy z otwartą buzią.

***
Dzieci kończą półkolonie, te, które dopiero co się zaczęły dwie notki temu. Małolaty są bardzo zadowolone, choć narzekają od czasu do czasu na straszliwe ograniczenia wolności osobistej, których doświadczają, gdy panie zabraniają np. wrzasków w komunikacji miejskiej. Oczywiście w ich wersji jest to niezrozumiały zakaz rozmów w autobusie, ale przecież dobrze wiem, że rozprawiająca między sobą grupa kilkulatków potrafi zagłuszyć odgłos nadlatującego helikoptera.

Donieśli mi, że jest jeden bardzo niegrzeczny chłopiec, który nie dość, że był już na rozmowie u pana kierownika, to jeszcze na wycieczkach chodzi w parze z wychowawcami.

- I raz szedłem obok nich i widziałem, jak świetnie się bawili i teraz zastanawiam się, jak tu narozrabiać, żeby też dostać taką karę – zwierzył mi się Piotruś.

Gorąco poradziłam mu, żeby raczej poprosił wychowawcę o towarzystwo, niż miał na to sobie zasługiwać. Rada okazała się nieprzydatna, bo w poniedziałek Piotruś dostał gorączki, dreszczy, rozbolało go gardło i dwa dni przeleżał jak Łazarz. W trzecim mu się poprawiło, ale nie na tyle, żeby jechać na wycieczkę i ominęły go największe atrakcje tego tygodnia.

A były naprawdę fajne, m.in. wizyta w Ogrodzie Doświadczeń („Jedziemy do kołyski Newtona!”, emocjonował się Michaś) i w kopalni soli w Bochni. Michaś i Karolinka byli zachwyceni przejażdżką podziemną kolejką i lizaniem słonych ścian.

- Lizaliście ściany? Fuuuuuj! Przecież to niehigieniczne! – bulwersował się Piotruś, Pierwszy Higienista Rzeczpospolitej, który na obozie sportowym opracował autorską metodę picia z cudzych butelek, mianowicie nakazał picie przez koszulkę, żeby kumple nie pluli mu do wody.
- Bo bakterie są jak biedronki i koszulka je zatrzyma – mruknęłam.
- No faktycznie! – Piotruś klepnął się w czoło – myślałem o cudzej ślinie, zapomniałem o bakteriach!

- Ale nie lizałem ściany językiem, tylko potarłem palcem i polizałem palec – wyjaśnił z godnością Michaś.

A, no chyba że tak!

Dziś mają dyskotekę przebierańców, mogłam więc zasmakować uroków bycia mamą dziewczynki.

Piotrek postanowił przebrać się za samego siebie, Michał to podchwycił i pokłócili się oczywiście, że jeden drugiemu podkradł pomysł. Na nic zdały się moje próby wyjaśnienia, że przebrani sami za siebie i tak będą wyglądać inaczej. Ostatecznie Michał pożyczył od kolegi strój Dartha Maule’a, Piotrek przebrał się za siebie, a Karolinka zapragnęła być Pippi. I tu zaczęły się schody, bo Karolinka koniecznie zapragnęła pomarańczowej koszulki i nie dała się przekonać, że w filozofii życiowej Pippi jest miejsce na koszulkę w dowolnym kolorze. Ostatecznie na szczęście zaakceptowała piotrusiową, stwierdzając, że kreacje Pippi były takie raczej chłopięce. Bardzo przydatne okazały się moje pasiaste zakolanówki z pradawnych czasów. O detale stroju zadbała Marysia, niania Wojtusia, mama gimnazjalistki doskonale obeznana w sprawie przebrań dziewczęcych.

Dzieci udały się balować w wyśmienitych nastrojach, Wojtuś poszedł na spacer z nianią, a ja, klasycznie, nie wiem, w co ręce włożyć. Chaos domowy przytłacza mnie, porządki z książkami to zaledwie preludium do tego, co mnie jeszcze czeka. Ale nic to, dam radę, kroplówka z kawy, alleluja i do przodu, tym bardziej, że dziś jest już czym oddychać.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii rodzina, życie codzienne

 

Ogłoszenie książkowe

22 lip

Robię przedremontowy przegląd mieszkania. W tej chwili na tapecie biblioteczka. Mam do oddania lub odsprzedania trochę książek. Jedne dostałam za darmo, np. do recenzji, więc darmo oddam, inne kupowałam, te chciałabym odsprzedać w symbolicznej cenie. Jeśli coś Was zainteresuje, pytajcie: greentee (maupa)poczta.onet.pl.

ksiazki2

ksiazki1

ksiazki3

ksiazki4

ksiazki5

ksiazki6

ksiazki7

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii życie codzienne

 

Leci lipiec, leci, starzeją się dzieci; kwitną, kwitną kwiatki i młodnieją matki

15 lip

Dzieci wróciły czystsze, niż się spodziewałam (a mówili: będziesz odmaczać!) i z walizkami pełnymi brudnych ciuchów (a mówili: przywiozą większość czystych). Monitorowanie zdjęć na stronie internetowej obozu wykazało, że codziennie zmieniali koszulki. Normalnie czyścioszki!

- Musieliśmy się kąpać po każdym treningu, nawet trzy razy dziennie! – opowiadał Michaś, przejęty zgrozą.

Coś strasznego! Dobrze, że urody sobie nie zmyli.

Straty odnotowałam umiarkowane, zaginął jeden ręcznik i jeden klapek, wiatrówkę, pozostawioną w szatni do ping-ponga udało się odzyskać dzięki życzliwości znajomych. Michaś wrócił w cudzych skarpetach, więc zakładam, że ewentualnie nastąpiła przyjacielska wymiana i stany liczbowe się zgadzają, mniej lub więcej.

Powitanie było rozczulające, dostałam nawet wzruszający liścik od średniego syneczka, który przez ten cały jeden dzień od przyjazdu w południe aż do wieczora był miodem na matczyne serce, aniołem, uosobieniem czystej łagodności, wyrozumiałości, życzliwości i uśmiechu. Aż mi się płakać chciało, że to takie ulotne. Już następnego dnia wszystko wróciło do normy i jeszcze się niedziela dobrze nie rozkręciła, a już zaliczyliśmy awanturę.

Od poniedziałku realizujemy kolejny punkt wakacyjnych zajęć, mianowicie półkolonie w Domu Kultury. Jest u nas Karolinka, moja chrześnica, spragniona wakacji w mieście. Doskonale ją rozumiem, sama drżałam z ekscytacji, wyczekując wakacji u cioci Celinki w Jaśle. W poniedziałek cała trójka była tak przejęta, że wstała o 6.10, budząc Wojtka i mnie, co zanotowałam we wdzięcznej pamięci i nie omieszkam odpłacić im pięknym za nadobne w stosownym miejscu i czasie. Wrócili już bez porannego entuzjazmu, nieco oklapli, a Piotruś nawet z czerwoną kropką, znakiem hańby wypalonym w dumnej duszy chłopięcej.

Co robili pierwszego dnia? Poznawali system kar i nagród, ze szczególnym uwzględnieniem kar i represji.

- Pani mówiła, czego nie wolno robić na półkoloniach, a ja powiedziałem, że nie wolno pić alkoholu. A pani mi dała za to pół czerwonej kropki – wyznał zasmucony i nieco urażony Piotruś.
- To znaczy, że wolno na półkoloniach pić alkohol?! – wykrzyknęłam zdumiona, oderwana od pługa, tzn. kieratu obiadowo-domowego, nim pojęłam złożoność sytuacji.
- No nie wolno, to ja nie wiem czemu te pół kropki… – zadumał się Piotruś.
- A skąd drugie pół?
- Bo na gimnastyce pani pokazywała przysiady, a ja powiedziałem, że to nie są przysiady, tylko jakieś nędzne półprzysiady i pokazałem, jak wygląda prawdziwy przysiad i dostałem drugie pół kropki.

Tja…

- I pani powiedziała jeszcze, że jak ktoś jest niegrzeczny, to najpierw dostaje ostrzeżenie, potem idzie na krzesełko…

…elektryczne?!…

- … a jak się dalej nie poprawi, to na wycieczce będzie chodził z panią za rękę, a jak to nie pomoże, to idzie na rozmowę do pana kierownika – wyliczyła na jednym oddechu wyraźnie przejęta Karolinka.

Na chwilę straciłam wątek, bo wyobraziłam sobie znanego mi dobrze Pana Kierownika jako Broń Ostateczną, przepoczwarzonego w Złowieszczą Istotę jak Lord Garmaddon z Lego Ninjago, dyszącego posępnie i metalicznie niczym Lord Vader, na tle burzowego nieba rozdzieranego sztyletami błyskawic…

- I jeszcze piąty punkt, wzywają rodziców, a jak ktoś w ogóle się nie poprawi, to go wyrzucają z półkolonii, pani mówiła, że jednego chłopca musieli usunąć, bo był bardzo niegrzeczny – dodał ponuro Piotruś.
- Nie podoba mi się na półkoloniach – wyznał Michał.
- Ja chyba nie chcę tam chodzić – zawtórował mu Piotrek.
- Mnie się podoba! – bohatersko zapewniła Karolinka.

A mnie jako żywo stanęła mi przed oczyma duszy sytuacja z początku roku szkolnego. Zależało mi bardzo, żeby Michaś chodził w szkole na hip-hop, bo to dodatkowa porcja ruchu, a po drugie, chłopak jest uzdolniony w kierunku tanecznym. Poleciał na pierwsze zajęcia na skrzydłach, wrócił jak przekłuty balonik. Gdyż albowiem pierwszą lekcję tańca pani poświęciła na wbijaniu siedmiolatkom do głów, za jakie przewinienia będzie wyrzucać z zajęć.

Na miłość boską!…

Rozumiem oczywiście potrzebę dyscyplinowania rozbrykanych kilkulatków. Rozumiem, że prowadzący nie może sobie pozwolić na to, żeby każde dziecko robiło co chce i mówiło, co chce. Doskonale znam moje dzieci i wiem, że nie są to niewinne lilijki, które z pączka rozwinęły się tego poranka w klasztornym ogrodzie. Wiem, że jeden głupio dogaduje, byle zwrócić na siebie uwagę, a drugi łazi samopas i jest głuchy na polecenia.

Ale teoria pozytywnego motywowania nie jest wiedzą tajemną, dostępną wyłącznie tym, którzy przeszli Próbę Siedmiu Ognistych Pieczęci (a każda wypalana na podeszwach stóp). Zasada, że zamiast kopać się z koniem, lepiej wykorzystać potencjał danego dziecka do własnych celów, jest znana dość powszechnie. I tak na przykład zgrywusowi dobrze jest przydzielić Super Ważne Zadanie, co go dowartościuje i tym samym odbierze chęć dowcipkowania w niewłaściwym miejscu i czasie, bo już nie będzie musiał zwracać na siebie uwagi.

I tak się zastanawiam, czy mam lecieć uświadomić to paniom jako ta histeryczna mamuśka, czy nakazać dzieciom grzeczność (okropne słowo!), czy zostawić sprawy własnemu biegowi, niech sobie radzą, panie z nimi, a oni z paniami. W końcu wszędzie obowiązują zasady, do których trzeba się stosować, a należą do nich m.in. te, że głupie dogadywanie nigdzie nie jest mile widziane, a matka ze wszystkiego nie wybroni i nie wytłumaczy przed wszystkimi.

Ale trochę żal, że panie pracują z dziećmi kolejny rok, a tak brakuje im podejścia.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii rodzina

 

Gdy nie ma dzieci w domu, to jesteśmy…

03 lip

…we Wrocławiu :-) Z domu wygnało nas szumnie zapowiadane od dwóch tygodni odłączenie wody. Pół miasta w upały miało zostać bez wody pitnej i wody mytnej, o zgrozo! Aby uniknąć odwodnienia i zaśmiardnięcia, tak my jak i nasze dzieciątko, pomknęliśmy chyżo, co koń mechaniczny wyskoczy, na zachód.

To były piękne dwa dni, zdominowane przez nicnierobienie i nicniemuszenie. W piastowskim Breslau spotkaliśmy się z moim starym (wyłącznie stażem znajomości!) kolegą Maćkiem (który jest od mnie rok młodszy i przypomina mi o tym przy okazji każdych urodzin, tak moich jak i własnych). Przed laty, w bezpowrotnie minionej epoce papierowej korespondencji, wymieniliśmy dziesiątki listów i pocztówek. Widujemy się bardzo rzadko, raz na parę lat, ale Maciek, harcerz do szpiku kości, jest takim cudownym  człowiekiem, z którym spotykasz się po kilku latach i rozmawiasz, jakbyście widzieli się zaledwie wczoraj.

Maciek zabrał nas do Parku Grabiszyńskiego. Zatrzymaliśmy się przy Pomniku Wspólnej Pamięci, karmiłam Wojtusia przycupnąwszy na płycie, na której wyryto nazwy nieistniejących już cmentarzy wrocławskich, zlikwidowanych po II wojnie światowej. Na pomniku widnieje napis po polsku i niemiecku:

pomnik

We Wrocławiu zawsze mam ciary na plecach, to miasto jest dla mnie symbolem, jak wielka historia obeszła się z maluczkimi. Ziemie Odzyskane przypominają mi zawsze o Kresach utraconych. We Wrocławiu samo mi się nuci „w polskim Wrocławiu niemieckie drzewa… a Lwów to dla mnie tajemnica…”

Świeciło nam piękne słońce na lazurowym niebie, Wojtuś gonił gołębie z okrzykiem „TATA!!” na ustach, lody na Rynku były bardzo smaczne, fontanna pryskała wodą. Wakacyjna sielanka. Potomstwo, gdy się za bardzo rozbrykało i prawie wpadło do fontanny, złapaliśmy i wpakowaliśmy do wózka. Nikt się nam nie rozbiegał w trzech różnych kierunkach. Nikt się nie kłócił, że właśnie w lewo a nie w prawo, że chce pierwszy, nie drugi, a właśnie że drugi, nie pierwszy. Co za komfort, mówię Wam!…

rynekwro

rycenkwro

wojtus wro

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Nysę, odwiedziliśmy rodzinę Męża, z którą umawiałam się na spotkanie jakieś, bagatelka, 11 lat temu. Co się odwlecze, to nie uciecze. Wojtuś zrobił furorę, uwielbiany i noszony na rękach, dostał do dyspozycji miskę z wodą i chlapał się do woli, pierwszy raz biegając boso po trawie.

miska

Raporty z obozu napływają systematycznie, Piotruś opowiada barwnie i ze szczegółami, Michaś rzuci coś od niechcenia bądź wcale go nie ma w pobliżu telefonu. Czwartego dnia nadszedł kryzys. Michaś smutnym głosikiem domagał się wcześniejszego powrotu, w desperacji deklarując nawet spontaniczną pomoc w domu („i będę zmywarkę rozładowywał…”), ale myślę, że smuteczek był spowodowany stanem konta, który po dwóch wizytach w sklepie wynosił 25 groszy.

Tymczasem Piotruś, znany admirator płci pięknej, postanowił zaprzyjaźnić się z jakąś dziewczyną, upatrzył sobie rówieśniczkę i zabrał się do rzeczy.
- I wiesz mamo, podszedłem do niej, przedstawiłem się i zapytałem, jak ma na imię. Ona mi odpowiedziała, więc zapytałem, czy chciałaby się ze mną zaprzyjaźnić. A ona mi na to: spierdalaj. Więc pomyślałem, że raczej nie chce się zaprzyjaźnić.

Jak już odzyskałam głos, pochwaliłam syna za właściwą interpretację wypowiedzi koleżanki. Swoją drogą – ręce mi opadły. Pomijając fakt, że to jest ten wiek, kiedy osobnicy płci przeciwnej są z marszu wrogami, a czego Piotruś nie przyjmuje do wiadomości („Mamo, moje koleżanki z klasy rozmawiają ze mną tylko sam na sam, kiedy żadna inna dziewczyna nie widzi!”), wydaje mi się, że istnieją w polszczyźnie inne sposoby spławiania chłopaka. No ale co ja tam wiem o życiu, nie znam się.

Z Wrocławia wróciliśmy wczoraj, a robaczki z obozu wracają jutro. Ciekawe jak długo trzeba będzie je odmaczać :-)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii rodzina

 

Dzieci na wyjeździe, a matka doznaje olśnień i napadów nostalgii

29 cze

W sobotę Piotruś i Michaś wyjechali na pierwszy w życiu obóz. Był to dzień, w którym zrozumiałam, dlaczego rodzice proszą: „Zadzwońcie, jak dojedziecie”.

Robaczki moje nie wpadły na pomysł, żeby zawiadomić matkę o szczęśliwym dotarciu na miejsce. Oczywiście wiem, że dowiedziałabym się szybko, gdyby nie dojechali, co zwykłam zjadliwie mówić (albo przynajmniej myśleć) moim rodzicom w podobnych okolicznościach, ale.

Kiedy tak stałam na parkingu w gronie rodziców pozostałych obozowiczów, czekając, aż autokar odjedzie, udzielił mi się nastrój ekscytacji przedwyjazdowej, którego jeszcze tak niedawno sama doświadczałam, dziecięciem będąc. Wakacje! Kolonie! Przygoda, która czeka za rogiem!… Jak tylko autokar zniknął za zakrętem, z tej ekscytacji i tęsknoty za nowymi wrażeniami i doznaniami poszłam kupić sobie nowe buty, no bo co w końcu, kurczę blade!

Syneczkowie bawią się chyba dobrze, sądząc ze szczątkowych relacji. Telefony dostają tylko na 15 minut dziennie, o 14.45. Wczoraj Piotruś zadzwonił, dzisiaj już się nie pofatygował, sama musiałam zadzwonić.

Piotrusiowi wczoraj było super, dziś też jest super, ale nauczyciele są przemądrzali. I żebym potwierdziła, że „trenuję” pisze się przez „u”, bo koledzy twierdzą, że przez „ó”, jako że wymienia się na „trenować”.

Michaś wczoraj zameldował, że był w kościele i zapytał, czy mógłby zostać na 10 dni (wyjechali na 7, ale jest też dłuższa opcja). Dziś chciał ze mną rozmawiać tylko po to, żebym powiedziała Miłkowi, że Michaś nie chodził do żłobka (możecie być ze mnie dumni, drodzy Czytelnicy, gdyż ograniczyłam się do suchej informacji, iż nie uczęszczał, nie dodając, że gdzieżbym do żłobka posłała mojego Michasia, słoneczko moje puciate, kluseczkę mamusi cium-cium). Zapytany, co dziś robił fajnego, wykrzyknął z entuzjazmem:

- Byłem w sklepie!

Tja… Cóż, matce muszą wystarczyć relacje słowno-zdjęciowe, zamieszczane przez organizatorów co wieczór w internecie. Ale nie jest źle, wygląda na to, że codziennie się przebierają, bo każdego dnia na zdjęciach mają inne koszulki, wow!

A tymczasem celebruję sobie pojedyncze macierzyństwo, nieustannie zadziwiona, że mogę tak na jednym dziecku się skupić, nie roztrajać w jednym momencie, ach jak cudownie. Kiedy usypiając Wojtka zasnę razem z nim, nie mam wyrzutów sumienia, że nie zajrzałam do starszaków, a prosili. Mój relaks popołudniowy podszyty jest jednak niepokojem, bo cały czas wydaje mi się, że co ja tak spokojnie siedzę, powinnam zrywać się i lecieć po dzieci, ze szkoły odebrać czy skądś-tam.

No i pewnie zanim zacznę naprawdę odpoczywać, to akurat wrócą :-)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii rodzina

 

Wakacje 2015 – czas start!

26 cze

I oto są. Wreszcie koniec zdzierania Michasia z łóżka. Dziś po trzyipółgodzinnym maratonie szkolnym wróciliśmy do domu ze świadectwami, w białych koszulach z plamami po lodach truskawkowych. Wczoraj, kiedy usuwałam z telefonu alarm o 6.33, byłam radośnie podekscytowana, dziś jestem po prostu zmęczona. Siedzę w biurze, piję kawę, która, mam nadzieję, postawi mnie na nogi i zbieram siły, żeby wziąć się za jakąś robotę.

Kiedy niedawno czytałam u Ewunki, jak to bladym świtem szykowała dla Marcelego strój żuka, który nachodził biedronkę, myślałam sobie, że mnie to właściwie Los (uosobiony przez kochane Panie w przedszkolach) w tej materii oszczędził. Pamiętam jedynie przebranie zająca, które zrobiłam dla Piotrusia w zerówce, a w pierwszej albo w drugiej klasie przerobiłam je, całkiem zgrabnie, na kostium psa. A tu pojawiła się żaba. Aby dodać historii szczyptę dramatyzmu, powinnam napisać: pojawiła się nagle i niespodziewanie, ale minęłabym się wówczas z prawdą, bo już jakiś czas temu Michaś pokazał mi otrzymaną od Pani instrukcję wykonania kostiumu żaby. Spojrzałam, zobaczyłam, zapomniałam.

Przedwczoraj dostałam smsa od Marysi, mamy Julki, czy już robiłam żabie oczy na opasce i czy mi się trzymają. Ups. Jaka żaba? Wezwany na przesłuchanie Michaś wzruszył ramionami:

- No przecież pokazywałem ci tę kartkę od pani. Jest w moim plecaku.

Nieoceniona Marysia kupiła dla Michasia zioloną opaskę bawełnianą i skarpetki, które po przymocowaniu doń srebrnych kółeczek udawały żabie łapki. W instrukcji od Pani były rękawiczki, ale skąd w czerwcu wziąć zielone rękawiczki? Ponad godzinę zajęło nam wspólne klejenie, wycinanie i mocowanie elementów żabich kreacji, w których nasza progenitura występowała przez 7 minut. Łatwiej miały mamy krasnoludków, ubranych w czapeczki i koszulki pod kolor, trochę napracowały się mamy kwiatków, ale naprawdę dużo roboty miały mamy motylków: wszystkie motylki miały skrzydełka z kolorowego tiulu, z naszytymi cekinami i innymi dżetami. Wyglądały bajecznie, ale nie wydaje mi się, żeby produkcja zajęła mniej niż dwie godziny. Była okazja do matczynej integracji.

Gdyby nie ten występ, to wysłałabym chłopaków po świadectwa we dwóch i zamiast uganiać się za Wojtkiem po szkolnych korytarzach, czekałabym na nich z pierogami niczym archetypiczna matka, przywoływana często przez bibliotekarkę z mojej podstawówki, Panią Lidzię: ilekroć miała dość towarzystwa mojego i mojej przyjaciółki Renatki, a nachodziłyśmy ją regularnie każdego dnia po lekcjach, odsyłała nas do mamy na pierogi. No ale występ dziecka wypadałoby obejrzeć, to poszłam.

Chłopcy mają bardzo ładne świadectwa (Piotruś z paskiem, Michaś opisany tak pięknie, że chyba jego Pani miała na myśli kogoś innego. Zawsze bardzo dobrze przygotowany do lekcji? Bardzo starannie wykonuje zadania i pisze bezbłędnie? To na pewno nie chodzi o moje średnie dziecko!), żadnych rozdzierających serce matki końców i rozstań w tym roku nie przeżywaliśmy, delektuję się komfortem stabilizacji. Nowości szkolne czekają nas za dwa lata, zbieram siły. Jednak jestem pełna optymizmu: ta koszmarna czwarta klasa okazała się o niebo lepsza, niż pierwsza, która miała być bułką z masłem. Piotrek nie miał większych problemów z adaptacją w nowej sytuacji, uczył się mniej niż moim zdaniem powinien, jedyne nad czym mocno się męczył to matematyka – nie tyle chodziło o ogarnięcie materiału, co o mnóstwo zadań domowych z tego przedmiotu. Konflikty w klasie owszem, zdarzały się, ale udało się je rozwiązać bez ofiar w ludziach. Wyraźny podział na wrogie obozy dziewcząt i chłopców zaczął się zaznaczać dopiero pod koniec roku, podczas gdy w klasach równoległych akcje na tym tle trwały już od września. Piotrusia, wielbiciela płci pięknej, szalenie martwi, że koleżanki z klasy rozmawiają z nim tylko wtedy, gdy w pobliżu nie ma innej dziewczynki.

Wiecie, jakie jest moje podejście do wakacji (wiwatuję, kiedy się kończą), ale w tym roku dobrze zaplanowałam chłopakom czas, więc pytanie, które w głowie każdego rodzica już od maja świeci z mocą różowego neonu: „Co zrobić z dziećmi przez dwa miesiące?”, nie zatruwa mi życia.

Pierwszy tydzień wakacji spędzą na obozie sportowym, drugi na półkoloniach w centrum sportowym z pływalnią, a trzeci i czwarty na półkoloniach w domu kultury. W ostatnim tygodniu lipca postawię na podtrzymywanie więzi wnuków z ukochanymi dziadkami, a sierpień to już z górki. Jakiś tydzień wczasów rodzinnych, potem pobyt u jednej babci i drugiej, i wrzesień nastanie, zanim się obejrzymy. W wakacje czeka nas remont mieszkania, niby „tylko” malowanie, ale wiecie jaka to masakra w mieszkaniu, w którym się mieszka. Jak sobie pomyślę o pakowaniu książek, to już mi słabo. W planach mamy też reorganizację przestrzeni mieszkalnej, czyli przeprowadzamy się z mężem na kanapę, oddając młodszym dzieciom swoją sypialnię, a najstarszemu pozostawiając najmniejszy pokój. Myślę, że pożałuję tej decyzji już pierwszej nocy na kanapie, ale trudno, rozmnożyliśmy się beztrosko, trzeba ponieść konsekwencje. Mąż szalenie cieszy się, że wyląduje w pokoju z telewizorem, Piotruś cieszy się z własnego pokoju, Michaś cieszy się, że będzie spał na górze na łóżku piętrowym, więc ostatecznie rodzinny bilans wychodzi na plus.

Życzę Wam bardzo udanych wakacji.

DODATEK FOTOGRAFICZNY

Oto najmniejszy z dzisiejszych elegantów pod moim dachem.

- Wygląda trochę jak prezydent! – podsumował go z uznaniem Michaś.

wojtuslody

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii rodzina

 
 

  • RSS